| USA wschodnie BLOG 7.10 - 1.11.2011r. |
|
Stan Nowy York, Pensylwania, Maryland, District Columbia, Wirginia, Karolina Pn., Karolina Pd., Georgia, Floryda, Delaware, New Jersey
07 - 31 października 2011r. Na początku było marzenie, a marzenie nie miało ciała... Bo ciało było ciałem, a marzenie było marzeniem. I marzenie spotkało ciało, a ciało spotkało marzenie i pokochały się serdecznie ruszajac razem w drogę... Księga drogi.
Warszawa - 29.09.2011r Powoli krystalizujemy nasze plany na wyprawę i wiemy na pewno gdzie nie pojedziemy :-) nie pojedziemy na Kubę :-)Zdecydowaliśmy zwiedzić dokładniej wschodnią część USA, zamiast jechać tak daleko na południe. Nasza przyjaciółka z NY odwiedziła nas wczoraj w Warszawie. Zastanawiam się jak teraz zrealizować nasze plany o których pisałem na stronie głównej Travelest cyt "odwiedzimy naszych przyjaciół w NY a następnie jadąc na południe..." Kiedy już się spotkaliśmy, gdzie jest zatem południe w kierunku którego pojedziemy? Może w czeskiej Pradze?...
Jeszcze Warszawa - 2.10.2011r Pogoda. Pogoda jest zawsze. Co więcej, zawsze jest dobra. To zapytajmy: dla kogo dobra? Deszcz zasmucający plażowiczów, może być zbawienny dla leśników zasmuconych panującą suszą i odwrotnie. Więc skoro pogoda jest zawsze, to zapytajmy: gdzie i jaka. Sprawdzaliśmy dziś jak zapełnić nasze walizki, a właściwie czym. Bo pogoda w NY iście Warszawska. W dzień 19C w nocy 7C... i kiedy pomyślimy, że po tygodniu pobytu w USA przejedziemy do Miami, gdzie w dzień bywa 30C a w nocy 19C, to zaczynamy pakowanie od stanu lekkiej dezorientacji. A i puchówki zabierzemy na Florydę, bo po trzech tygodniach wracając do NY, powita nas listopadowa aura. Na pewno już nie taka listopadowa jak na Florydzie i jeszcze nie taka listopadowa jak w Polsce. Jaki jest dokładnie stan naszej dezorientacji? Nie powiemy!
Jeszcze trochę Warszawa - 5.10.2011r Czy życie jest sztuką korzystania z okazji? A może życie to sztuka tworzenia okazji by z nich korzystać... To jak spór Leibnitza z Wolterem. Trywialna historia.
Już prawie nie Warszawa - 6.10.2011r Kiedyś myślałem że idee, pomysły, plany wprowadzone w czyn nabierają ciężaru, a teraz wiem, że to obrazy się przybliżają. Zatem świętujemy przedwyjazdowy reisefieber :-)
Lot do Nowego Yorku - 7.10.2011r Przelatując między Bristol a Cardiff obserwowaliśmy majestatyczne usta rzeki Severn...
By po 9,5 godzinach lotu wpaść w objęcia emigration, a potem w ramiona Beaty, Iwony i Tomka, którzy przyjechali nas powitać na lotnisku. Już dla śmiechu i radości powitań warto było przylecieć do NY, a to dopiero początek... Nawet nie przypuszczałem jak bardzo tęskniłem za NY póki nie zobaczyłem widoku z 14piętra apartamentu, który udostępnili nam nasi przyjaciele. Widoku na Hudson River srebrzyście lśniącą w księżycowym jasnym świetle. Wpatrywałem się w ten widok słuchając tykania zegara i jednostajnego szmeru za oknem zwiastującego, że Citi nigdy nie śpi. Mimo tego pusto jakoś bez gwaru naszych przyjaciół. Dobranoc jakąkolwiek godzinę wezmę pod uwagę. Czy 6:20 polskiego czasu czy 24:20 Nowojorskiego.
Nowy York (dzień 1) - 8.10.2011r Po śniadaniu, wczesnym rankiem, z mapą i przewodnikiem w ręku ruszyliśmy na spacer po Manhattanie. Na początku nabrzeżem Battery Park, wdychając świeżą bryzę Hudson River. Rozkoszując się jesiennymi promieniami słońca weszliśmy w labirynt ulic w okolicach Canal str. Przechadzaliśmy się urokliwymi uliczkami portowej dzielnicy jaką była Tribeca, kiedy Manhattan był największym portem na Świecie, potem największym w Ameryce, a teraz tylko przystanią dla jachtów, promów i łodzi motorowych. Mały bazarek przy Greenwich Str, z produktami pierwszej świeżości. Pachnące sery, wędliny, owoce i warzywa. Które na pewno nie wiedzą, co to jest modyfikacja genetyczna. Zasady są jasne i klarowne. Inaczej nie dało by się chodzić po Manhattanie i podziwiać drapaczy chmur, co chwila krzycząc głośno... merde!!! Przygotowania do Halloween pełną parą. A dynie, jak to w Ameryce, największe :-) Nowy York, to miasto jak pierwszorzędne danie wrzące na tyglu. Każdy znajdzie tu swoje miejsce. Ewa też znalazła... Foley Square :-) Artyści ukochali sobie Tribece i urokliwe Soho, zamieniając sklepy portowe na galerie, knajpki, restauracje. Aczkolwiek po 11 września zaczęli się masowo przenosić na Williamsburg. ...przeszliśmy Prince Str i chwilę postaliśmy w milczeniu, czytając listy do Steve'a Jobsa, naklejane przez jego wielbicieli na witrynie Apple Store. Powoli przechodząc w Małą Italię, zostawiliśmy za sobą cukierkowe Soho, by wejść do China Town. Gdzie mieszkańcy stworzyli dla siebie małą ojczyznę. Budowniczowie na Ground Zero nie zasypują gruszek w popiele. Od zeszłego roku wykonali kawał dobrej roboty. podczas gdy ci pierwsi uwijają się jak w ukropie biegając po rusztowaniach, ci drudzy już 21 dzień wylegują się na Wall Street. I to dosłownie. Na zdjęciu okupacja Wall Street w celu by Janosikowe bankierów rozdać biednym. Z efektów tej pokojowej demonstracji najbardziej zadowoleni są policjanci, co chwila z uśmiechem pozując do zdjęć. Tym akcentem, w oparach hipisowskiej muzyki, zakończyliśmy pierwszy dzień zwiedzania NY.
Nowy York (dzień 2) - 9.10.2011r Tym akcentem, zakończyliśmy pierwszy dzień zwiedzania NY, ale Nowy York nie zakończył i zagrał jeszcze jeden akcent. Żyjąc w zgodzie ze swym wewnętrznym autorytetem, Nowy York zdecydował zafundować nam następną atrakcję. Nowy York a właściwie ludzie, którzy spędzają tu kolejne noce i dnie. Około północy, przed oknami salonu rozbłysło najpierw niebo, a potem z niezauważalnym dla ludzkiego oka opóźnieniem rozbłysła stalowa tafla Hudson River, a po chwili usłyszałem huk niczym salwy armatniej. To spektakl sztucznych ogni zrywał rozejm między nocą a dniem. Olbrzymie kule ognia, przeróżnych kolorów i kształtów prześcigały się w zadziwianiu oniemiałych widzów. Oglądaliśmy je my, mieszkańcy Batery Park, oraz pasażerowie promów na rzece Hudsona. Wygodnie usiadłem przed szklanym ekranem okien i uśmiechałem się na myśl jak wspaniałe życie wiedziemy... Tym akcentem NY rozpoczął nasz dzień chwilę po północy.
Poranek spędziliśmy przy kawie z przewodnikiem w ręku. Tak wiele osób opisywało NY. Artyści wierszem, prozą, malarze fakturą i kolorem, rzeźbiarze formą materii. Każdy z tych opisów był jednak skromnym skrawkiem oryginału. Nie przyłącze się do tej zacnej komandy, natomiast zacytuję opis jak pani Kamila Sławińska umieściła w swojej urokliwej i jakże osobistej książce "Nowy York przewodnik niepraktyczny" cyt...Nie ma drugiego miejsca na świecie, dokąd ciągnęły by tak przeróżne egzemplarze ludzkiej materii. Przyjeżdżają tu dzieciaki zbyt mądre i zbyt zdolne, by umiały się porozumieć w Utah i Nebrasce. Europejscy arystokraci i azjatyccy bogacze, zbyt znudzeni wygodnym życiem, by nie zaryzykować upadku na samo dno. Przestępcy zbyt zuchwali, by wystarczyło im wykradzenie paru dwudziestodolarówek z kasy miejscowego sklepiku; drag queens, które w małych miasteczkach obrzucano kamieniami; artyści zbyt odważni, by znaleźć publiczność gdzie indziej; imigranci zbyt biedni, by mieć coś do stracenia. Nie ma ludzi zbyt dziwacznych jak na nowojorski warunki. Najbardziej niedopasowani mogą tu znaleźć miejsce dla siebie, jeśli tylko wystarczy im sił, by marzyć zuchwale(bo tylko najzuchwalsze marzenia się spełniają) i walczyć o siebie. Miasto wyssie z nich ostatnią kroplę krwi, najostatniejszą iskrę energii, ale pozwoli im żyć w szaleńczym tempie, nigdy nie zwalniać, nigdy nie patrzeć wstecz...
Zdjęcie słynnej grafiki Saula Steinberga, wykonanej dla New Yorkera w 1976r. pt "Widok Świata na zachód od dziewiątej alei" ...Jesteś prawdziywym nowojorczykiem, jeśli uważasz że szczury są w gruncie rzeczy dość ładne... Popołudnie natomiast spędziliśmy w radosnych nastrojach spacerując razem z Beatą i Jackiem i ich pociechami Wiktorem, Helenką i Amelką. Urocze dzieciaczki, rosną na nowe pokolenie Nowojorczyków :-) W Nowym Yorku trzeba chodzić z szeroko otwartymi oczami, strzygąc uszami i z ciekawością wypatrując okazji do powiedzenia nastepnego wooow! Podczas gdy jedliśmy lody, przy oszklonym ogrodzie palmowym World Financial Center, pilot samolotu wykonując akrobacje z zegarmistrzowską precyzją napisał na niebie słowo "NOW" Bo jeśli nie my, to kto? I jeśli nie teraz, to kiedy?
Nowy York (dzień 3) - 10.10.2011r Różnica czasu między NY a Warszawą wynosi 6h. Więc niczym skowronki wstaliśmy o świcie, przygotowani na moc atrakcji i gotowi do nowych niespodzianek. Pierwszą z nich było wysłuchanie w kościele Trinity, fragmentu koncertu Roberta Schumanna w wykonaniu orkiestry smyczkowej. Kiedy po tej uczcie dla ducha wyszliśmy, na słoneczną Wall Street znowu oniemieliśmy... Właściciele straganów już kończyli towarowanie. Cała State Str. wyłączona z ruchu zamieniła się w znany Warszawiakom dawny Stadion 10lecia. Mydło, powidło, konfekcja, india shopy, okulary Ray Ban za 10 dolców... i budki z Hotdogami. Te ostatnie zapewniły chleba do igrzysk. A co w takim razie miało być igrzyskami? Columbus Day!!! Świętowano rocznicę odkrycia przez Krzysztofa Kolumba krainy miodem i mlekiem płynącej. Resztę atrakcji napotkaliśmy przy 5tej Alei. Ta główna arteria miasta została zamknięta by Amerykanie mogli wyrazić swoją dumę z bycia Amerykanami i zaznaczyć skąd się wywodzą. Każda odrębna nacja, gmina, szkoła, stowarzyszenie, przygotowało swój program by zaprezentować go podczas przemarszu. Gondolierzy, włoscy policjanci, strażacy, orkiestry dęte.. etc. Cała ta masa ludzka we wrzawie, larum trąbek, wyciu syren, maszerowała z dumą po ulicach NY. Odprowadzili nas w stronę muzeum Salomona Guggenheima i poszli w swoją stronę. A my zafundowaliśmy sobie następną kulturalną uciechę wchodząc do środka. Wracając do domu zajrzeliśmy do Central Parku. Ogromnego zielonego parku w centrum Manhattanu. Przy tak skąpej ilości zieleni jaką zaserwowali sobie Nowojorczycy w pozostałej części Miasta. Kiedy najmniejszy skrawek zieleni z kilkoma krzakami i kilkoma ławeczkami nosi dumną nazwę i jest oznaczany na mapie jako punkt orientacyjny. Kiedy na większości kwadratowych powierzchni okalających drzewa posadzone wzdłuż chodników, widzieliśmy tabliczki o ochronie przyrody. To Central Park powinien nosić miano "Parku Narodowego Nowojorczyków". Chylę czoła, że w centrum Świata, gdzie ziemia jest tak droga, mieszkańcy miasta i władze miasta zdecydowali się na utrzymanie tak olbrzymiej powierzchni na zielony teren rekreacyjny. Bo kiedy w 1853 roku władze podjęły decyzję o zagospodarowaniu terenu na park miejski, było to odludzie. Znajdowała się tam jedynie mała osada, zamieszkana głównie przez zbiegłych murzyńskich niewolników, położona pomiędzy uwczesnym Nowy Jorkiem a wioską Harlem :-) W 1857 roku ogłoszony został konkurs na koncepcję parku. Wygrał projekt Frederica Law Olmsteda i Calverta Vauksa. Budowa parku trwała 15 lat, pracowało przy niej 20 tys. robotników. Dużym wyzwaniem było przekształcenie bagien w teren nadający się do użytku. Wymagało to zasadzenia kilkuset tysięcy drzew oraz nawiezienia 3 mln m³ ziemi. Park posiada wiele rozległych łąk, kilkanaście wzgórz oraz ścieżki dla pieszych. Największym atutem parku jest duża liczba drzew (26 tys.), prawie całkowicie zasłaniających zabudowania miejskie.
Na zdjęciu stoimy w hali głównej dworca Grand Central Station. Największej przesiadkowej stacja NY. Po tak mnogiej ilości wrażeń i przebytych kilometrach w upalnym dniu (28C), Ewcia postanowiła zostać w domu. Ja natomiast, nie potrafiłem sobie odmówić wizyty w Dizzy's Club Coca-Cola - Jazz at Lincoln Center Andy Farber & His Orchestra w/Allan Harris Swinging Rodgers & Hammerstein's, zafundowali nam wyborną ucztę dla uszu, kucharze klubu, ucztę dla podniebienia (Tilapia było godna samego Jehowy - to taki Monty Pythonowski żarcik), a dla oczu, widok z olbrzymich szklanych ścian klubu na Columbus Circle i oświetlony księżycowym blaskiem Central Park!!! I jeszcze latynoska piękna kelnerka... PS. Znalazłem fantastyczny link na którym autor nałożył starą mapę Manhattanu na obecną. Suwakiem po prawej stronie (pionowym) można sterować skalą mapy. A poziomym, w lewej części strony, jej przezroczystością. I w tym jest smaczek :-) Proszę zwrócić uwagę, żę południowo wschodnia część Manhattanu, okolice Battery Park zostały usypane sztucznie, powiększając teren wyspy i możliwość zabudowy. Map of How Manhattan’s Grid Grew - Interactive Map - NYTimes.com dobranoc :-)
Nowy York (dzień 4) - 11.10.2011r Nabieramy kondycji w miarę rytmicznego marszu po Nowojorskich brukach. Towarzyszy nam rytmiczna muzyka stóp tysięcy nowojorczyków, zmierzających w przeróżnych kierunkach (to kiedy wychodzą z metra) i w tym samym kierunku (kiedy wchodzą do metra) Metro jest tak jak arteria tętnicza Manhattańskiego organizmu. Pod skórą placów, ulic, skwerów, w miarowym tempie, jak krwinki, przepływają Nowojorczycy. Czasami płynąc, pod jakimś skwerem, napotykają na jedno lub wiele rozwidleń tętnicy, i wtedy decydują gdzie popłynąć dalej, czy może wypłynąć na zewnątrz. Metro żyje własnym życiem. Każda stacja ma swój charakter, który zazwyczaj nadali jej artyści wynajęci przez zarząd miasta. Specyficzne mozaiki naścienne na temat lub bez tematu sprawiają wrażenie, że zostały specjalnie, wstydliwie umieszczone pod ziemią. Jednakże znalazłem stacje, która urzekła mnie swoim wystrojem. To początkowa, lub jak ktoś jedzie z Williamsburga końcowa stacja szarej linii metra "L". Zaludnił to metro lud przedziębiorczego mosiężnego narodu, który swoje dalekie kuzynostwo, posiada na zielonych trawnikach Battery Park. Każdy z nich, wielkości małego kota, ma do spełnienia życiową misję, zadanie niejednokrotnie przewyższające jego wzrost. Z podziwu godną odwagą, spacerują po przęsłach peronu metra, piłują stalowe podpory, zbierają rozsypane na ziemi monety. A przede wszystkim mieszkają pod ziemią ku uciesze tysięcy Nowojorczyków, którzy codziennym atrybutem kubka z kawą i książką, lub z zakupami zmierzają by włączyć się w rytm arterii miasta. Dzisiaj jednak ominęliśmy szerokim łukiem wejścia do metra i poszliśmy przez zatłoczoną Wall Street w kierunku przystani nr11, promów rzecznych. Ulica Wall (mur) rzeczywiście swoją nazwę wzięła od muru, który otaczał pierwszą osadę Holendrów, którzy zasiedlili i osuszyli z bagien tę południową część wyspy. Dobrą robotę zrobili i znali się na rzeczy, bo gdziekolwiek się pojawiali odbierali panowanie wodzie i oddawali nowe ziemie do zasiedlenia ludziom. Tak jak zrobili to w Błotach Karwieńskich nad polskim Bałtykiem tak i zrobili to na Manhattanie. A my wsiadając na prom płynący w kierunku polskiej osady na Greenpoincie, mogliśmy podziwiać efekty ich pracy, czyli stojące suchymi łapami strzeliste drapacze chmur. I zadaliśmy sobie odwieczne pytanie: Czy mieszkać na Manhattanie, czy mieszkać poza nim ale z widokiem na Manhattan :-) ...
Promem przepłynęliśmy na północny Williamsburg. Niegdyś dzielnicę portowych magazynów, fabryk, przetwórni. Osiedla niskich urokliwie zdobionych kamieniczek, przez lata popadające w ruinę, teraz odnowione nabierają blasku. Jak już wspomniałem, dzielnica ta po wydarzeniach 11 września, nabrała prestiżu przez masowo wprowadzających się tam mieszkańców Manhattanu. Znaleźli tu przyjazne miejsce także artyści, i nadali otoczeniu niepowtarzalny klimat. Po przejściu kilkunastu "bloków" jak Nowojorczycy nazywają zabudowane kwadraty między skrzyżowaniami ulic, minęliśmy filary mostu Williamsburg Bridge. I nastąpiła nagła zmiana aktorów, w tej samej sztuce i w tej samej scenografii. Kiedy północną dzielnicę zamieszkiwali młodzi ludzie, ubrani na kolorowo, bardzo chętnie nawiązujący relacje... to w południowej dzielnicy panował konserwatyzm, dostojeństwo i umiarkowanie... Hasydzkich Żydów. Piękne czarne surduty i białe wykrochmalone koszule oraz obowiązkowy kapelusz u mężczyzn. U kobiet skromna czarna chustka na głowie, osłaniająca włosy. Szybkim acz dostojnym krokiem przemierzali ulice Williamsburga, zamyśleni, wczytani w wersety świętych ksiąg, a może myślący co tym razem będzie na obiad? Jakkolwiek, sympatycznie uśmiechali się gdy pytałem czy mogę zrobić im zdjęcie. Powróciliśmy promem na Battery Park z odrobiną ociągania, bo miło spędziliśmy te ostatnie kilka godzin. Ale na ten wieczór zapewniliśmy sobie dodatkowe atrakcje, kupując bilety na sztukę "War Horses" w teatrze Lincoln Center. Sztuka poświęcona ludziom i koniom którzy zginęli w I Wojnie Światowej. Mało kto wie, że podczas tej wojennej zawieruchy prócz 10mln żołnierzy, życie oddało 8mln koni służących wojsku jako środek transportu, oraz jako "wozy szturmowe". Temat niełatwy, ale nowatorsko i świetnie zagrany przez aktorów i konie. Konie świetnie zanimowane, że nie zauważalismy ludzi kierujących marionetkami. http://www.youtube.com/watch?v=q-R_vgbGuxs Pełni wrażeń wracaliśmy do domu długo dyskutując na temat sztuki która tak bardzo nas poruszyła.
Nowy York (dzień 5) - 12.10.2011r Wieczorem poprzedniego dnia kładliśmy się na odpoczynek z mocnym postanowieniem, by cały następny dzień spędzić na Manhattanie, kierując się systematycznie w stronę Harlemu, zachodnią stroną wyspy. Ale plany, które snuliśmy, deszcz i wiatr zaczęły rozwiewać już po północy. Kiedy usiadłem do komputera by opisać mijający dzień i spojrzałem za okno na moją muzę i jej nie dostrzegłem. "Bozia z lodem" (tak Statuę Wolności nazwał kilkuletni Wiktor kiedy pierwszy raz zobaczył nowojorski postument - i tak zostało) a więc "Bozia z lodem" tonęła we mgle i deszczowych chmurach siejących wszechobecną mżawkę. Nie zanosiło się na kolejny piękny słoneczny dzień. I rzeczywiście. Rano wyszliśmy na Rector i jednomyślnie powiedzieliśmy, że jesień dotarła do NY. Jak nie pyszni wróciliśmy do apartamentu i przepakowaliśmy plecaki o dodatkowe bluzy i przeciwdeszczowe kurtki. Przydały się. Ponieważ atrakcją wieczoru miała być słynna "Noc Amatorów" w klubie Apollo na Harlemie. Po kolei zmienialiśmy nasze plany wycieczkowe. Po wyjściu z metra na Time Square... ... upewniliśmy się że milsze będą ciepłe muzealne sale, wystawy i galerie w Muzeum Sztuki i Wzornictwa, sklepy Athleta, czy ulubiona przez Nowojorczyków herbaciarnia przy 5th Ave... Kiedy tylko staraliśmy się pojawić na otwartej przestrzeni np. Central Parku, wiatr niosący wilgotną mżawkę, zachęcał do powrotu do cywilizowanych wnętrz. Tak spędziliśmy całe popołudnie, by o 18tej, skoro pojechać metrem na Harlem. Wyszaleć się, wykrzyczeć, nagwizdać i naklaskać, ile pary w rękach i płucach fabryka dała.
UPTOWN IS IN THE HOUSE!?!!! YEEEEEE!!!! DOWNTOWN WHERE IT'S AT?!!!!!! YEEEEEE!!!! Prowadzący dzisiejszy wieczór umiejętnie rozkręcał publiczność, a publiczność mu chóralnie odśpiewywała. A zadanie miał łatwe bo miłośnicy spędzania wieczoru w Apollo nakręcali się sami, czekając z utęsknieniem na dzisiejszy wieczór, od zeszłego tygodnia. Ale zacznę od pieca, jak mawia nasza ukochana przyjaciółka. Historia tego klubu i jego gości jest zacna i sięga do czasów, kiedy wielcy jazzowej, bluesowej, R'n'R-olowej sceny, byli jeszcze mali. Apollo Hall została założona w połowie XIX wieku jako sala taneczna i sala balowa. Po wygaśnięciu umowy najmu w 1872 roku, budynek został przekształcony w teatr, który zakończył swoją działalność na przełomie XX wieku. Ale do rzeczy. Noc Amatorów to wylęgalnia talentów które zasiliły firmamaent sław o jakich każdy znas słyszał choć raz. Ella Fitzgerald... zdobyła możliwość więcia udziału w konkursie, w jednej z pierwszych "Nocy Amotów". Miała pierwotnie wyjść na scenę i tańczyć, ale zastraszona przez siostry Edwards, lokalny duet tańca, wybrała zamiast tańca śpiew :-) w stylu Connee Boswell zaśpiewała i zdobyła pierwszą nagrodę nwysokości 25,00 USD. Teatr Apollo stał się sławny, dzięki ludziom którzy rozpoczynali w nim karierę. Tacy artyści jak wspomniana: Ella Fitzgerald , Billie Holiday , James Brown , Diana Ross & The Supremes , Gladys Knight & the Pips , Jackson 5 , Patti LaBelle , Marvin Gaye , Luther Vandross , Stevie Wonder , Aretha Franklin , Ben E. King , Mariah Carey , The Isley Brothers , Lauryn Hill , Sarah Vaughan i Machine Gun Kelly (raper) . Jimi Hendrix,w Apollo, zdobył pierwsze miejsce w amatorskim konkursie jako muzyk, w 1964 roku!!! Dziś nagroda wynosi 10 000 USD, a atmosfera jest równie gorąca, zwłaszcza że to widownia decyduje o losach i karierze kolejnych artystów. Głośno klaszcząc i owacyjne krzycząc... lub upiornie wyjąc buuuuuuuuuuuuuuuuu!!!! If you wanna bu, just bu! My też tam byliśmy i klaskaliśmy i buuuuuczeliśmy!!! http://www.apollotheater.org/amateur-night
Nowy York (dzień 6) - 13.10.2011r Przez 5 ostatnich dni przemierzaliśmy Manhattan wzdłuż i w szerz. Zatem dzisiejszy dzień uznaliśmy za najlepszy by zostawić w spokoju Małe Chiny, Małą Italię, a odwiedzić Małą Polskę :-) Greenpoint, najbardziej wysuniętą na północ dzielnicę Brooklynu. Będący drugim co do wielkości skupiskiem Polaków w USA zaraz po Jackowie w Chicago. Gdzie pochodzenie polskie deklaruje 43% z prawie 40 000 mieszkańców. Historię Greenpointu w pastylce znajdziecie na: http://www.greenpointusa.com/timeline/main.htm Popłynęliśmy tam jak poprzednio. Promem na Williamsburg północny, z którym jak sama nazwa wskazuje, Greenpoint graniczy od południa. Zanim ruszyliśmy na zwiedzanie, spotkaliśmy się z "naszym człowiekiem po drugiej stronie rzeki", Czyli z Iwoną :-), która porusza się po Brooklinie jak ryba po Hudson River, czyli świetnie. Zaczęliśmy od zwiedzania jej urokliwego Williamsburgu, a potem przeszliśmy przez szeroki, zielony park i weszliśmy na Greenpoint. Miejsce to swojskie, jak tylko swojsko udało się je zrobić, z tego co było i jest Ameryką. Miejsce gdzie idąc ulicami, zabudowanymi niskimi domkami w Georgiańskim i Federalnym stylu, zmusza się umysł do myślenia na najwyższych obrotach. Kiedy wśród fasad zdobionych amerykańskimi flagami pojawia się słowo KIEŁBASA, to szare komórki stają dęba próbując połączyć to znajome słowo z resztą układanki. Kiedy wychodząc ze sklepu, w którym produkty i ceny sygnowano made in USA, słyszymy swojskie DO WIDZENIA? Kiedy zamawiając z menu Hamburgera, w rubryce dodatki natrafiamy na KISZONĄ KAPUSTĘ :-) I tak się ciepło na duszy robi, że tak daleko od Polski, Polacy wybudowali Małą Polskę. Wybudowali pracując ciężko. Dzień po dniu, rok po roku, uczciwie, bez udawania... Zagadnąłem uroczą parę miłośników książek, prowadzących księgarnię z polskimi książkami na Greenpoincie. Tłumacząc w czasie rozmowy, że nie odbiorę książki Pani Anny Wierzbickiej następnym razem, bo jestem tu przejazdem. Odpowiedzieli z uśmiechem: "my też przejazdem w NY!... A jak długo?... Już jakieś 20 lat" I tylko kiedy odchodziłem przekazali pozdrowienia: Proszę pozdrowić panią Anne, kiedy będzie pan na Polonistyce Uniwersytetu Warszawskiego. Studiowaliśmy razem na jednym wydziale.
Nowy York (dzień 7,8,9) - 14-16.10.2011r Wczorajszy dzień był szczególny. Ewa wyprowadziła się na Williamsburg, a ja zostałem na Manhattanie i pomieszkam tu przez kolejne kilka dni. Ewa zaczęła przygotowania do wieczoru autorskiego i weekendowych warsztatów. Na pewnie osobiście napisze o nich na blogu, albo opowie na warsztatach, czy spotkaniach w Warszawie. Wczorajszy dzień był szczególny z jeszcze z jednego powodu. Kupiłem bilety na koncert Wyntona Marsalisa w Rose Theatre - Lincoln Center. Przez chwilę stałem przy kasach ściskając bilet w ręku i nie mogąc uwierzyć szczęściu. Wreszcie uwierzyłem i lekkim nastroju spędzałem dzień z niecierpliwością wypatrując godziny 19tej. Zagrał pysznie, bawiąc się grą na trąbce z taką lekkością, jak gdyby to była żywa istota, nie stal. Bo kiedy pojawił się na scenie trąbka ożyła w jego rękach, a wszyscy goście myśleli, że to Marsalis gra jeszcze... a to echo grało. Zagrał wraz z zespołem wyśmienity, dwugodzinny koncert. Wzbogacając klasyczny jazzowy repertuar, o stele muzyki zaproszonych gości. Czyli o nuty ludowej afrykańskiej muzyki śpiewanej i granej przez zespół afrykanerów ubranych we wzorzyste stroje. O nuty skrzypiec country, o nuty tańca który słuchać, czyli Step Dance, w wykonaniu świetnego tancerza, oraz 30 osobowego chóru gospel. Po koncercie zamieniliśmy kilka słów w garderobach teatru, w serdecznym towarzystwie jego przyjaciół i fanów :-) PS. wziąłem od Marsalisa autograf, w prezencie dla jednego obiecującego polskiego trębacza :-) Po tak pełnym emocji wieczorze następne dni miałem spędzić, kosztując Manhattanu. Teraz małymi kąskami, delektując się nieśpiesznie. Plan miałem następujący, będę jeździł metrem, wychodził na powierzchnię przy znanych skwerach, wtapiając się w tłum, rozkoszując się panującą atmosferą. Pełen animuszu zszedłem do metra. Koszmar który zobaczyłem przekraczał horrory z "Ulicy Wiązów". Całą stację opanowały żywe trupy o koszmarnym wyglądzie. Szpetne szramy na sinych pyskach. Zabryzgane krwią ubrania, podcięte gardła i podgniłe kawałki skóry... To Helloween za pasem, a gromada dwudziestu rozbawionych przyjaciół zajęła pół peronu metra wykrzykując głośno Rufijo, Rufijo!!! :-) Z mieszanymi uczuciami przejechałem dwie następne stacje stojąc między powieszoną panną młodą, drwalem z siekierą wbitą w klatkę piersiową i markizem, którego siną cerę podkreslały białe bielma gałek ocznych... Z animuszem wyszedłem z metra ciekaw kogo jeszcze ciekawego spotkam tego dnia :-) Niby te same miejsca. Miejsca, które zwiedzaliśmy przez kilka ostatnich dni z Ewą, ale wiedziałem że Citi zmienia anturaż codziennie, a nawet kilka razy dziennie. Nie pomyliłem się :-) wyszedłem na pierwszym przystanku przy Union Square i popłynąłem przez bezmiary zapachów toskańskich winnic, szwajcarskich serowych kantonów i warzywniaków pachnących słoneczną polską łąką... taką o zachodzie słońca przy akompaniamencie koników polnych! Mój nos prowadził mnie wśród wiejskich straganów, a oczy chłonęły soczyste kolory jesiennych, napęczniałych słońcem warzyw. Gwar i śmiechy kupujących mieszały się z gwarem ulicznym, przeplatanym grą dorabiających na życie muzyków. Stałem pośrodku piątkowego targu którego sprzedawcy zamienili skrawek Manhattanu w soczyste łąki wiejskich przedmieść. Odwlekałem odjazd w kierunku Roosewelt Island, buszując wśród kilometrów półek z książkami w księgarni Barnes &Noble... i tak piętro po piętrze. Tego dnia i w kolejnych następnych, raczyłem się atmosferą Big Apple, jak mówią o swoim mieście Nowojorczycy. Mówią też, że jest to centrum Świata... i na pewno mają rację.
Już nie NY, a jeszcze nie Floryda (dzień 10) - 17.10.2011r Wynajęliśmy samochód. Po kilku konkretnych negocjacjach, dostaliśmy kluczyki do Nissana Altimy. 2,5 litrowy silnik w automacie, wygodne siedzenia i rozmiar małego krążownika. Polubiliśmy nim jeździć od momentu wyjazdu z garażu na słoneczne, lecz już chłodnawe nowojorskie ulice. Zapakowaliśmy walizki i powiedzieliśmy stanowcze goodbye NY. Kiedy po godzinie jazdy w stronę Florydy dalej byliśmy na Manhattanie, wiedzieliśmy o sobie dużo więcej. Np. to że uwielbiamy mosty. Bo jakie może być inne wytłumaczenie, że wyjeżdżając z NY staraliśmy się zaliczyć najwięcej nadwodnych przepraw. Pierwszy na naszej drodze zawisł Brooklyn Bridge. I to dobre 177 lat temu. To most po którego stalowych chodnikach spacerowaliśmy którejś romantycznej nocy. Potem przejechaliśmy, z następnym ochhhh, przez dłuuugaśny Verrazano Bridge, a następnie po jakimś czsie przez Goethals Bridge. Ten z kolei z pięknym widokiem na białe żurawie portowe i na strzeliste apartamentowce Battery Park, na którym mieszkaliśmy przez ostatnie dni. Tak. Teraz mogliśmy powiedzieć goodbye NY i witaj przygodo. Jechaliśmy wschodnim wybrzeżem USA, na południe. Przed nami rozwijało się 2500km przygody zanim dotrzemy do Sarasoty i Rotondy :-)
1 dzień podróży na Florydę (dzień 10) - 17.10.2011r Wjechaliśmy na autostradę, piękną, trzypasmową, płaską jak stół, łagodnie wijącą się wśród zielonych lasów. Traz powiem o kilka praktycznych uwag na temat podróżowania. Wjazd na autostradę kosztuje od 17 USD do 5 USD i płaciliśmy kilka razy tylko pierwszego dnia naszej trasy, czyli do Washington DC. Potem drogi międzystanowe, które wyglądają jak autostrady, są bezpłatne. Maksymalna dozwolona prędkość, z jaką się można poruszać po drogach międzystanowych to od 60 do 75 mil/h. czyli od 80 do 120 km/h. Niepisana zasada jest taka, że można beż konsekwencji jechać 5 mil/h szybciej niż zalecana prędkość na znaku drogowym. 99% kierowców stosuje się do tego prawa więc można jechać przez większość dnia w tym samym towarzystwie. Policjanci patrolują drogi dosyć sumiennie, więc widzieliśmy sporo patroli, kontrolujących kierowców na poboczach. Samochody policyjne są słabo oznaczone z przodu i z tyłu, więc kilka razy rozpoznawaliśmy szeryfa dopiero kiedy wyprzedzał nas na drodze :-) nie warto szarżować. Mandaty za przekroczenie prędkości w obszarze oznaczonych robót drogowych, liczone są w podwójnej stawce, więc kierowcy karnie zdejmują nadliczbowe 5 mil z prędkościomierzy. Kary są także za zbyt wolną jazdę po drogach. Minimum widnieje zazwyczaj na znaku poniżej maksymalnej dozwolonej prędkości i wynosi ok 40 mil/h. Za wyrzucanie śmieci z samochodu w Południowej Karolinie grozi 1000 USD kary i więzienie. To tyle na temat zasad i kar. A co z nagrodami? Nagrodą są krajobrazy i świetnie przygotowane drogi. Przejechanie trasy 600 km odczuwa się tak jak wycieczkę z koszem piknikowym za miasto. Włączając programator prędkości, można zdjąć nogi z pedałów i zająć się rozmową oraz obserwowaniem pięknego krajobrazu za oknem :-) Pierwszego dnia naszej wycieczki postanowiliśmy dojechać do Washington DC. Zanim jednak dotrzemy do Maryland postanowiliśmy odwiedzić Philadelphie i Baltimore. Oba te miasta wybudowano na naszej trasie na Florydę. Po kilku godzinach podziwiania mostów i jezior i rzek, na horyzoncie zobaczyliśmy wyłaniające się zza wzgórza ostre szczyty wieżowców Philadelphii. A przed nami kilka łamigłówek w trójwymiarze jakie rozwiązaliśmy przejeżdżając przez trzy poziomy wiaduktów splątanych ze sobą jak węzeł gordyjski. W takich chwilach czułem wdzięczność, że wynajęliśmy samochód z GPS-em. Będąca ośrodkiem handlowym, edukacyjnym i kulturowym Filadelfia była niegdyś drugim po Londynie miastem w Imperium Brytyjskim i centrum geograficzno-politycznym pierwotnych 13 kolonii. Duży wkład w rozwój miasta miała działalność Beniamina Franklina. Powstało tu wiele idei związanych z Niepodległąścią Stanów Zjednoczonych Było to również największe miasto USA i jego pierwsza stolica, aż do utworzenia Waszyngtonu. Pierwsze kroki po zaparkowaniu skierowaliśmy do przepięknie zdobionego budynku sądu. Przed główną bramą rozłożone namioty protestujących bębniarzy, gitarzystów i protest singerów, czyli ciąg dalszy protestów z Wall Street, o których już wcześniej pisałem. Obeszliśmy główny rynek i skierowaliśmy się do parku który rekomendował ciemnoskury parkingowy. De byst for luw! I rzeczywiście przy wejściu do parku zauważyliśmy napis "Park of Love" :-) wypiliśmy więc ukochane expresso i ruszyliśmy w dalszą drogę... Piedmieścia Filadefii okazały się bardzo urokliwe. Nie bez powodu Bruce Springsteen napisał "Streets of Philadelpia" a Mark Knopfler z Dire Straits nazwał jedną ze swoich płyt, imieniem miasta. Następnym miastem na krótkie odwiedziny było Baltimore, jedno z dwudziestu największych miast USA. Posiada 3 uniwersytety, bazę marynarki wojennej, liczne muzea, galerię sztuki, domy i kościoły z XVIII i XIX w. Dumą miasta jest zacumowany w Porcie Wewnętrznym USS Constelation – ostatni zwodowany w 1854 r. żaglowy okręt USA. Dojechaliśmy w okolice starego portu kiedy ostatnie czerwone promienie zachodzącego słońca podkreślały czerwień cegieł starych portowych zabudowań. Piskliwie przekrzykujące się mewy, olbrzymi żaglowiec USS Constelation zacumowany do nabrzeża i stare budynki magazynów portowych, które po odrestaurowaniu pełniły swoje nowe funkcje. W jednym z nich, będących kiedyś olbrzymia kotłownią swoją siedzibę umieściła księgarnia Barnes &Noble. Ulegliśmy i już po chwili buszowaliśmy wśród książek. Projektant wnętrz rewelacyjnie wykorzystał zastane wnętrze. Olbrzymią ceglaną halę o wysokości kilku pięter zdobiły ażurowe metalowe podesty które wyznaczały kolejne piętra ekspozycji książek. Ruchome schody których wielkie, kolorowe mechanizmy kół zamachowych i zębatych, sprawiały wrażenie że kotłownia wciąż działa. No i ogromne ceglane kominy obite z zewnątrz miedzianą blachą, rosły od samej ziemi i niknęły wysoko nad naszymi głowami przebijając sufit i górując wysoko ponad portem. Przeszliśmy przez kolejne wnętrza kominów zaglądając do ich przepastnych gardeł i wjechaliśmy na ostatnie piętro do działu audiobooków. Skorzystaliśmy także z WiFi żeby zarezerwować hotel na dzisiejszą noc. Zadziwia mnie dostępność informacji i to z jak podręcznych i prostych w obsłudze urządzeń możemy z tej informacji korzystać. Jeszcze raz pochyliłem czoło, dziękując Stive'owi Jobs'owi, także za iPhona. Uruchamiając przeglądarkę internetową w telefonie, odszukaliśmy hotele w okolicy Washington dc, znaleźliśmy promocję w Hotelu Best Western i wpisując nr. karty kredytowej i kod katy członkowskiej Best Western, zrobiliśmy rezerwację. Wszystko to na małym ekranie iPhona, siedząc w przepięknej księgarni. Strona www.kayak.com w takich przypadkach też niezwykle się przydaje. Już o zmroku opuściliśmy urokliwy port Baltimore i pojechaliśmy do hotelu w Caroline, na przedmieściach WDC. Dobranoc :-)
2 dzień podróży na Florydę (dzień 11) - 18.10.2011r Po śniadaniu ruszyliśmy do Washington DC. Po pół godzinie jazdy wśród cukierkowych kolorowych domków, z drewnianymi lub ceglanymi elewacjami, z białymi okiennicami i wypieszczonymi trawnikami, skonstatowaliśmy że dojechaliśmy na miejsce. Prawdopodobnie to co uważaliśmy za dalekie wiejskie przedmieścia WDC, było ekskluzywną dzielnicą w sąsiedztwie Kapitolu. Znalezienie parkingu zajęło nam pół godziny, bo okoliczne były oznaczone jako tylko rządowe. Wreszcie kupiliśmy bilety do piętrowego autobusu, z odkrytym dachem i odjechaliśmy z Columbus Station, na wycieczkę po Washington. Polecamy tę formę zwiedzania. Autobusy kursują na trzech trasach podjeżdżając do każdego miejsca które warto zobaczyć. Począwszy od Kapitolu, poprzez muzea, pomniki, wystawy. Kursują co 15-20 min, a bilety są ważne przez cały dzień, więc można w każdej chwili wysiąść i po zwiedzeniu ciekawego miejsca pojechać dalej następnym autobusem. Przejechaliśmy koło Kapitolu, wysłuchując opowieści przewodnika, który komentował każdą mijaną atrakcję. Przejechaliśmy obok ekskluzywnych budynków FBI. Zanim się dowiedzieliśmy kto w nich urzęduje, posądziliśmy jakiegoś dewelopera, o to że wybudował piekielnie drogi apartamentowiec niedaleko Białego Domu :-) Kilka razy przecięliśmy tropy filmowego Foresta Gumpa, by wysiąść na chwile przy pomniku żołnierzy poległych w Wietnamie i Korei. Pomnik zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Sylwetki maszerującego w wolnym szyku oddziału, autor wkomponował w zielone gąszcze parku. Maszerowali więc brodząc w zieleni, jakby żywcem wyjęci z dżungli. Przejeżdżając autobusem przez miasto odnieśliśmy wrażenie że jeździmy po wielkim muzeum na wolnym powietrzu, w którym eksponaty budynków, kustosz poustawiał na olbrzymich, perfekcyjnie zadbanych trawnikach. W pewnym momencie mijaliśmy jezioro, na którym manewry szybkich, uzbrojonych łodzi, ćwiczyła wodna straż wybrzeża. Wtedy z przeciwległego brzegu, od ziemi oderwały się kolejno trzy olbrzymie helikoptery i nisko nad ziemią poleciały w stronę Białego Domu i Kapitolu. Dopiero wieczorem z telewizji dowiedzieliśmy się że "Marine One" nosi nazwę każda maszyna latająca Korpusu Piechoty Morskiej, którym prezydent USA podróżuje z lotniska do Białego Domu. Zawsze lata w eskorcie dwóch bliźniaczych maszyn :-) Więc prawdopodobnie prezydent Barack Obama zrobił dla Ewci reprezentacyjny lot. Po powrocie do samochodu ruszyliśmy do Karoliny Południowej, w stronę Charleston... miasta gdzie w sierocińcu powstał i zawładnął ludzkimi ciałam i duszami, taniec o tej samej nazwie. :-) Zanocowaliśmy w fajnym hotelu sieci Sleep Inn. Za przystępną cenę odpoczęliśmy w wygodnym, przestronnym pokoju i na śniadanie najedliśmy się do syta.
3 dzień podróży na Florydę (dzień 12) - 19.10.2011r W stronę Charleston w Karolinie Południowej, miasta pięknego i malowniczego. Pełnego urokliwych uliczek i małych restauracji, w których kucharze uwijają się przyrządzając smakowite specjały. Miasto w którym, w jednym z sierocińców, powstał taniec o tej samej nazwie. Miasto w którym polskie akcenty historii odbiły swoje piętno. W czasie amerykańskiej wojny rewolucyjnej, w walkach w obronie Charleston w 1779 odznaczył się Kazimierz Pułaski. Zaczęliśmy zwiedzanie Charleston od... stajni. Mieści się ona przy głównym rynku, który pełni rolę sukiennic ze sklepami i kramami wypełnionymi po brzegi rękodzielniczymi wyrobami okolicznych artystów. Z niej to wyruszają na miasto z regularnością co 20 min, powozy prowadzone przez woźniców przewodników. Korzystając z tego sposobu zwiedzania, można niespiesznie przejechać głównymi uliczkami miasta i dowiedzieć się więcej o jego historii. A także gdzie najlepiej zjeść i jakie specjały serwują miejscowi kucharze :-) pożegnaliśmy woźnicę-przewodniczkę i oczywiście urocze konie i udaliśmy się na kolację. Restauracja przy 82 Quinn str. a właściwie jej menu... a właściwie dania z menu, które zamówiliśmy i którymi się delektowaliśmy, okazały się godne samego Jehowy. Specjalnością kuchni i nadmorskiego miasteczka okazała się być zupa krem z krabów, które rano jeszcze pływały w morzu. Zamówiłem także grilowanego Grupera także zwanego Granikiem... pyyyyszną ucztę pałaszowaliśmy przy patio strojnym w piękne, rozłożyste drzewa magnolii.
Dopiero zmrok i zerknięcie na zegarek spowodowały że wyszliśmy z restauracji, aczkolwiek niechętnie. W drodze do samochodu zwiedziliśmy jeszcze kilka pięknych stylowych uliczek ze starymi zabytkowymi domami za miliony dolarów. Wiele osób marzy mieszkać w Charleston. Tych których na to stać, muszą się obejść smakiem bo niewiele domów jest do sprzedania. Komu się nie udało kupić tu domu... pojechał go szukać dalej na południe, do Savannah. My też tam pojechaliśmy ;-) Tym razem drogą nad samym Oceanem, dojechaliśmy późną nocą, do Savannah w Georgia. Zdecydowaliśmy minąć znany i lubiany hotel sieci „Sleep Inn” położony malowniczo przy autostradzie i skierowaliśmy się bliżej starego miasta. Po przejechaniu następnych kilkunastu kilometrów znaleźliśmy następny hotel... pod mostem. Piękny most Talmadge Memorial, nie powiem, z dwoma strzelistymi pylonami i koronkową konstrukcją lin. Jednak wizja nocy pod mostem nie pasowała nam, a bardziej za wysoka cena za pokój. Dopiero grubo po północy znaleźliśmy hotel Marriott, po drugiej stronie miasta. 4 dzień podróży na Florydę (dzień 13) - 20.10.2011r Wyspaliśmy się do woli i po śniadaniu pojechaliśmy do starego Savannah. Miasta wybudowanego na dawnych terenach Indian Czerokezów w 1733r. Ufundowanego przez brytyjskiego króla Jerzego II (Georg II) Piękne portowe miasto, z niską zabudową domów w stylu Wiktoriańskim i Federalnym. Kolonialne wille we włoskim stylu znalazły wielu amatorów ze świata sztuki i show biznesu.
Luis Armstrong wybudował swoją piękną rezydencję wśród domów należących do słynnych gwiazd złotego ekranu. Scenarzyści i producenci filmów, także wybierali Savannah jako tło dla swoich filmów i powieści. Słynna scena z filmu Forest Gump, w której Tom Hanks wygłasza kwestię: „życie jest jak pudełko czekoladek...” została nakręcona na ławce w parku w Savannah :-) Zwiedziliśmy miasto w lubianym przez nas stylu, czyli jeżdżąc z przewodnikiem specjalną kolejką. Zatrzymując się przy większości zabytków nabywaliśmy wiedzy o historii miasta i jego mieszkańcach. Obejrzeliśmy dom Hemingway'a a następnie pojechaliśmy do portowej części miasta...
...do Shrimp Factory na ucztę z pysznych, świeżych krewetek i krabów ;-p.
Następnie poszliśmy na słoneczny spacer, żeby zrobić odrobinę miejsca na … lody!!! W Savannah znajduje się lodziarnia Leopold's, której produkty wygrywają międzynarodowe konkursy, plasując tę lodziarnie w rankingu pierwszych pięciu na Świecie. Warto było!!!
Dyniowa idylla związana z Halloween, ogaręła cały kraj :-)
Przed nami cały dzień jazdy i St. Augustine z naszymi uroczymi przyjaciółmi Ewą i Charlim, których gościnność i uprzejmość wybiega daleko poza granicę stanu Floryda. Ewa przywitała nas serdecznie i zaprosiła na przepyszna kolację własnej roboty. Jeszcze do późna śmieliśmy się z Charlim, przy wybornym winie, słuchając wspomnień snutych przez nasze ukochane.
5 dzień podróży na Florydę (dzień 14) - 21.10.2011r Zaczęliśmy dzień w St. Augustine od zwiedzania miejsca, gdzie w 1513r stanął Juan Ponce de Leon, który jako pierwszy objął ten teren w imieniu hiszpańskiej korony. Olbrzymi krzyż upamiętniający to wydarzenie, góruje nad murami warownego fortu niegdyś strzegącego miasta i wejścia do portu. Z Ewą Doolittle uzbrojoną w bardzo dokładną trasę zwiedzania ruszyliśmy odwiedzając atrakcję za atrakcją. Odwiedziliśmy najstarszy drewniany budynek szkoły w USA znajdujący się przy urokliwym deptaku pełnym sklepików i kawiarenek.
Starą bramę do miasta, przy której do zdjęć pozował mężczyzna w tradycyjnym stroju z epoki pierwszych kolonizatorów.
I oczywiście latarnie morską ...
z której widok rozciągał się na St. Augustine, okoliczne zielone wyspy i bezkresny szmaragdowy ocean.
Pojechaliśmy także na plażę z piaskiem jak biała mąka i w październikowym słońcu spacerowaliśmy brodząc w nieprzyzwoicie ciepłych falach. Co ciekawe, na część plaży wyznaczony jest pas do ruchu motoryzacyjnego :-)
Wszystkie te atrakcje, nasza gospodyni Ewa, ubarwiała dykteryjkami o historycznych faktach. Jedną z opowieści zostawiłem na koniec, bo jest jak wisienka na torcie. Dotyczy człowieka o którym słyszało nawet najmniejsze dziecko w St. Augustine. Jego imie noszą najznamienitsze budynki, ulice, instytucje, kościół i szpital. Sława tego człowieka wykracza daleko poza granice Florydy. A imię jego... Henry Flagler. Kilka słów o jego niezwyłym życiu. Syn pastora Izaaka i Elizabeth Caldwell Harkness w wieku 14 lat, zaraz po ukończeniu szkoły podstawowej, przeniósł się do do Ohio, gdzie znalazł pracę w magazynie zbożowym za 5 USD miesięcznie + wikt i mieszkanie. Jako 19latek zarabiał już, jako sprzedawca, 400 USD miesięcznie. :-) a to dopiero początek... Jako 32 latek założył, wspólnie ze swym zięciem Barneyem Yorkiem, warzelnie soli Flagler & York Salt Company, ale po wojnie secesyjnej zbankrutował tracąc 100 000 USD( w tym 50 000 teścia). W rok później Flagler powrócił na rynek zbożowy, już jako licencjonowany kupiec. Wkrótce zawarł znajomość z Johnem Rockefellerem, który pracował jako przedstawiciel handlowy firmy Hewitt & Tuttle. Rockefeller porzucił handel zbożem, by założyć własną rafinerię ropy. W 1867, potrzebując pieniędzy na rozwój nowego przedsięwzięcia, Rockefeller zwrócił się o pomoc do Flaglera, a ten niewiele myśląc zainwestował pożyczone od krewnych 100 000 USD, wchodząc w ten sposób do spółki. Utworzyli, 1876r., spółkę kapitałową nazwaną Standard Oil, która w roku 1872r. znalazła się na czele firm przemysłu naftowego Ameryki.. Po pięciu latach Standard Oil przeniósł swą siedzibę do... Nowego Yorku i w ten sposób Flaglerowie zamieszkali przy Piątej Alei na Manhattanie. Tyle o zawrotnej karierze Flaglera. Ale zastanawiacie się pewnie z jakiego powodu z taką czcią wymawia się jego imię na Florydzie. Flagler ożenił się z Idą Alice Shourds. Podróż poślubna zawiodła ich do St. Augustine na Florydzie. Miasto wydało im się czarujące, ale baza hotelowa i dojazd z północy w fatalnym stanie. Flagler uznał, że Floryda to miejsce niezwykle atrakcyjne dla mieszkańców innych, północnych stanów i tu upatrywał rozwój własnego interesu. Jakkolwiek więc nadal zasiadał w radzie nadzorczej Standard Oil, porzucił codzienną pracę za biurkiem i poważnie zajął się rozwojem Florydy. Podjął budowę 540-pokojowego hotelu Ponce de Leon. By jednak hotelowe przedsięwzięcie mogło przynieść sukces, zakupił lokalną linię kolejową Jacksonville - St. Augustine. Był to zaczątek największego przedsięwzięcia Flaglera. Wybudował most kolejowy nad rzeką St. Johns. W 1894 Flagler ukończył budowę 1150-pokojowego hotelu Royal Poinciana w osadzie wyspowej Palm Beach i przedłużył linię kolejową do West Palm Beach. Hotel był w tym czasie największą drewnianą budowlą na świecie. Kolej Flaglera sięgnęła Zatoki Biscayne w 1896r. Flagler pogłebił kanał, wybudował ulice, wodociągi, pierwszą elektrownię i sfinansował pierwszą lokalną gazetę, Metropolis. Kiedy miasto w 1896 uzyskało prawa miejskie chciano je nazwać "Flagler" dla uhonorowania człowieka, który przyczynił się do rozwoju południa Florydy. Flagler odmówił przyjęcia tego zaszczytu i przekonał mieszkańców do przyjęcia starej indiańskiej nazwy "Miami". W roku 1912r linia kolejowa do Key West, miejsca odległego o niemal 200 km od południowego krańca półwyspu, została przez Flaglera ukończona. Takiego to ojca ma Floryda i bardzo jest z niego dumna. Jeden z jego przepięknych hoteli został obecnie zamieniony na Flagler College.
Weszliśmy do wnętrza i oniemieliśmy. Studenci przechadzali się po ogromnym dziedzińcu wśród kolumnad, mozajek i rzeźb. Wystroje wnętrz niczym sale balowe Titanica, przerosły nasze oczekiwania. A kiedy zajrzeliśmy do stołówki, naszym oczom ukazała się olbrzymia sala oświetlona wysokimi witrażowymi oknami i malowanymi sklepieniami. Wszystko w secesyjnym stylu i bogato rzeźbionym drewnie.
I jak w takich okolicznościach zrobić fest studenckie Pelemele, kiedy butelki piwa nie wypada otworzyć o parapet :-) Kościół który wybudował Flagler jest jednocześnie grobowcem dla niego i jego rodziny. Podczas zwiedzania oglądaliśmy wystawioną w gablocie jedną z biblii Gutenberga.
Następny dzień gościliśmy u Ewy i Charliego, odpoczywając, bawiąc się setnie i ucząc, przy okazji Trivia Questions, w których nasz gospodarz jest mistrzem! Especjaliy for Charlie :-)
7 dzień podróży na Florydę (dzień 16) - 23.10.2011r Do Sarasoty dzielił nas jeszcze spory kawałek drogi :-) A konkretnie mieliśmy przeciąć Florydę w kierunku południowego zachodu, oddalając się od Oceanu i tym razem zamoczyć stopy w Zatoce Meksykańskiej. Tam czekali na nas pełni serdeczności i radości: Kamila, Paweł i Jerzy - prezes Klubu Polonii . Bez których nasza wycieczka na Florydę nie miała by sensu. Czekali na nas także fantastyczni Polacy, którzy tworzą zgraną i świetnie działającą społeczność. Ruszyliśmy zatem przejeżdżając przez Daytona Beach, Orlando by po kilku godzinach jazdy dojechać do Sarasoty. Kamila po powitaniu szybko wzięła sprawy w swoje ręce i po kilku chwilach wiedzieliśmy dużo więcej na temat atrakcji miasta, historii, ekonomii, topografii, rozrywek, zakupów oraz przepisów drogowych w tej części Stanów.
Zaczęliśmy spacer po mieście, by skończyć je na nabrzeżu podczas romantycznego zachodu słońca. Staliśmy podziwiając jak palmy odcinają się czernią czupurnych fryzur, na tle czerwonego o zachodzie nieba. Słuchając jak delikatne fale pluszczą o burty łodzi rybackich. Staliśmy tak, aż słońce skąpało się w spokojnych wodach Zatoki Meksykańskiej. I zrozumieliśmy, że dla takich chwil i ciepłych zimowych wieczorów, niektórzy ludzie wybrali mieszkać na Florydzie. A obok nas stała jeszcze jedna zakochana para, a właściwie ich sylwetki, upamiętniające pewne wydarzenie, które obiegło lotem błyskawicy całe Stany, a potem Świat. Świat, który świętował zakończenie wojny i rozpoczęcie nowej ery. Młody marynarz, który na Time Square w NY, wiwatował wraz z tysięcznym tłumem pierwszy dzień zakończenia II Wojny Światowej, z radości porwał w ramiona młodą dziewczynę, a ona utonęła w pocałunku nieznajomego chłopaka. To zdjęcie obiegło świat dodając otuchy do nowego budzącego się życia. Życia w miłości i normalności. Do nadziei, że dziś zaczyna się pierwszy dzień wspaniałego życia :-) The Real Sailor-Kissing-Nurse Story: Kissing for Glory
8-9 dzień podróży na Florydę (dzień 17-18) – 24-25.10.2011r Spędzimy 3 dni w Sarasocie. Raz z powodu wieczoru autorskiego Ewy. Dwa i trzy, z powodu plaż, słońca, morskiej wody, czytania książek i wylegiwania się. Ten czas przeznaczyliśmy na urlopowy popas :-) i spędzimy go w Rotondzie. Osiedlu willowym o pow. 29 km2, które zostało zbudowane na bazie mandali :-)
Ugościli nas serdecznie w swoim domu Beata i Waldek. W królewskich warunkach, w sąsiedztwie krokodyli wylegujących się w okolicznych kanałach, spędziliśmy urocze kilka dni na lądzie i na okolicznych wyspach :-) I wreszcie leniwie, na plaży, z książką.
Dopiero zachody słońca zganiały nas do okolicznych restauracji, gdzie świeże krewetki i kraby wylegiwały się dosyć krótko na naszych talerzach.
Wieczorami siedząc nad basenem, pod olbrzymim salonem z moskitiery, wsłuchiwaliśmy się w odgłosy nocy. Ciszę, przerywały cykady i szelesty zwierząt budzących się do życia. Dzień podobny do dnia i tak wolno płynący czas... ech :-)
10 dzień podróży na Florydę (dzień 19) – 26.10.2011r Dość wylegiwania!!! Czas wracać, walizy pakować, samochód tankować, kiszki pompować, za kierownik wsiadać!!! Panie Rafale!!! Ojczyzna wzywa!!! Każde z nas motywowało się jak umiało by ruszyć w powrotną drogę. Na zachętę postawiliśmy przed nami pośredni i atrakcyjny cel. Zwiedzanie Ringling Museum of Art. Wśród ogrodówtysiącem odmian róż, ustawione są budynki muzeum kryjące równie piękne "kwiatki". A właściwie "okazy" światowego malarstwa. :-) przechadzaliśmy się po przyjemnie chłodnych salach i delektowaliśmy się Rubensem, van Dyckiem, Velázquezem, Titianem, Tintorettem, Veronesem, El Greco i Gainsborough...
Zwiedziliśmy także posiadłość Państwa Ringling, którzy swój majątek zdobyli dzięki wystawianiu olbrzymich przedstawień Cyrkowych, którymi świat zachwycał się w latach 20tych zeszłego wieku. Ogrom tych przedsięwzięć można oglądać w starych kronikach. Przedstawienia odbywały się pod ogromnym namiotem, na trzech arenach równocześnie. Tysiące zwierząt wykorzystywanych do przedstawień przewożono w klatkach niejednokrotnie trzema pociągami.
Ominęliśmy muzeum cyrku, z premedytacją. Nie pochwalamy traktowania zwierząt w tak okrutny sposób jak to czynią treserzy. Cyrk Braci Ringling istnieje nadal, ale zyskał złą sławę po wypłynięciu do mediów szokujących informacji na temat ich metod tresury słoni. Na zdjęciach i filmach zdobytych przez działaczy PETA widać było zwierzęta traktowane zaostrzonymi drągami, prądem, krępowane i duszone przy ziemi. Tresura słoniątek oparta o mechanizm kar i nagród trwała miesiącami, zanim maluchy były w stanie perfekcyjnie wykonać sztuczkę. Czasy cyrków odchodzą w niepamięć. I mam nadzieję że ta niechlubny zawód wygaśnie wkrótce. I chwała za to, że Cirque du soleil święci triumfy na scenach świata, ale tam zwierzęta zastąpili ludzie.
Odjeżdżając z Sarasoty, na podwórcu muzeum natknęliśmy się na zaskakująco polski akcent... cyt.: ...Wszystkie piersi przestały oddychać. W amfiteatrze można było usłyszeć przelatującą muchę. Ludzie nie chcieli wierzyć własnym oczom. Jak Rzym Rzymem, nie widziano nic podobnego. Lig trzymał dzikie zwierzę za rogi. Stopy jego zaryły się wyżej kostek w piasek, grzbiet wygiął mu się jak łuk napięty, głowa schowała się między barki, na ramionach muskuły wystąpiły tak, iż skóra niemal pękała pod ich parciem, lecz osadził byka na miejscu. I człowiek, i zwierz trwali w takiej nieruchomości, iż patrzącym zdawało się, że widzą jakiś obraz przedstawiający czyny Herkulesa lub Tezeusza lub grupę wykutą z kamienia. Ale w tym pozornym spokoju znać było straszliwe natężenie dwóch zmagających się ze sobą sił. Tur zarył się również, jak człowiek, nogami w piasek, a ciemne, kosmate jego ciało skurczyło się tak, iż wydawał się do olbrzymiej kuli podobny. Kto pierwej się wyczerpie, kto pierwszy padnie, oto było pytanie... Coraz głuchszy, chrapliwszy i coraz boleśniejszy ryk tura pomieszał się ze świszczącym oddechem piersi olbrzyma. Głowa zwierzęcia przekręcała się coraz bardziej, a z paszczy wysunął się długi, spieniony język. Chwila jeszcze i do uszu bliżej siedzących widzów doszedł jakby trzask łamanych kości, po czym zwierz zwalił się na ziemię ze skręconym śmiertelnie karkiem. Wówczas Ursus zsunął w mgnieniu oka powrozy z jego rogów i wziąwszy Ligię na ręce, począł oddychać śpiesznie... A amfiteatr oszalał. Niczym z Quo Vadis, ... isn't it? ;-)
Czas wracać :-) Przed nami jeszcze ponad 2300 km przygody :-) Tyle bowiem zostało przed nami drogi do NY. Zatankowaliśmy samochód po sam korek i pojechaliśmy przez bezkresne równiny Florydy... I wpłynęliśmy na zielony przestwór oceanu, Wóz nurza się w zieloności i jak łódka brodzi, Wśród fal drzew szumiących, wśród mchów powodzi, Omijam zaciekawione drzewa pomarańczy. Już mrok zapada, droga nas nie niańczy; Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi; Tam z dala błyszczy obłok - tam miesiączek wschodzi; To błyszczy San Sebastian, to wzeszła latarnia. Stójmy! - jak cicho! - słyszę ciągnące żurawie, Których by nie dościgły źrenice sokoła; Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie, Kędy krokodyl śliską piersią dotyka się zioła. W takiej ciszy - tak ucho natężam ciekawie, Że słyszałbym głos Ewy. - Jedźmy, Charlie woła. I tak dojechaliśmy do St. Augustine a właściwie do Ewy i Charliego, którzy równie gościnnie nas podjęli. PS. Mam nadzieję że miłośnicy poezji Pana Adama mi wybaczą. 11-12 dzień podróży na Florydę (dzień 20-21) - 27-28.2011r Nie ukrywam że plan mamy ambitny. Dzisiejszego dnia planujemy przejechać 1000km, dzięki czemu w ogólnym rozrachunku, następnego dnia zyskamy możliwość nadłożenia kilkunastu kilometrów, aby przejechać przez Dalaware.
Artur Andrus w polskiej wersji piosenki Jaromira Nohavicy Těšínská z płyty świat według Nohavicy Cieszyńska Těšínská - YouTube :-D
Pan Jaromir na zmianę z Panem Grzegorzem Turnauem umilali nam podróż. Kolej na Pana Grzegorza wypadła koło Washington DC. Tym razem olbrzymią obwodnicą minęliśmy centrum miasta. Mimo tego zmierzyliśmy się ze sporymi korkami. Staniem w następnych korkach zapłaciliśmy za chęć przyjrzenia się z bliska Orlando. Miasto pełne wody i zieleni. Niskich kolorowych domków z minionego wieku, wkomponowanych we wstęgi olbrzymich wielopoziomowych wiaduktów związanych niby w kłębku Ariadny. Udało nam się znaleźć odpowiednią nić i wydostać z labiryntu w który wjechaliśmy. Do hotelu dojechaliśmy przed północą. Po śniadaniu ruszyliśmy dalej przejeżdżając ekspresowo przez kolejne stany, aż zbaczając odrobinę na północny-wschód dojechaliśmy do nadatlantyckiego stanu Delaware mieszczącego się także na półwyspie Dalamarva. Nazwa ogromnego półwyspu powstała ze skrótu nazw trzech stanów do których należy: Delaware, Maryland i Virginii (Del-Mar-Va)
Żeby dostać się na półwysep Delamarva o długości bagatela 300km i szerokości 100km, przejechaliśmy przez kilka przepięknych mostów zawieszonych nad licznymi wyspami i zatokami a następnie zatrzymaliśmy się w portowej restauracji na pyszny obiad ze świeżych krabów i ryb, złowionych o poranku. Delektowaliśmy się ciepłym posiłkiem siedząc na oszklonej werandzie. Pod podłogą pluskała woda zatoki a przed naszym stolikiem sennie kołysały się drewniane kutry do połowu ryb. Zapadł już zmrok, a oświetlone wieżowce Manhattanu wyłoniły się zza horyzontu. Powoli przemieszczając się po zakorkowanych drogach New Jersey obserwowałem pokaz sztucznych ogni nad Hudson River. Ewa drzemała na przednim siedzeniu a ja zastanawiałem się czy nasz przyjaciel Tomek ogląda na Manhattanie ten sam świetlny pokaz. Za półtorej godziny dowiedzieliśmy się tak :-) Do Big Apple downtown mieliśmy jeszcze sporo drogi ale już czuliśmy się jak w domu :-) Tunelem sprawnie dostaliśmy się na wyspę i za chwilę witaliśmy się serdecznie z naszym przyjacielem. Nadchodziła zima. To niewiarygodne że w trakcie ostatnich 3 dni bawiliśmy w 3 porach roku. Na Florydzie królowało LATO, im dalej na północ, w drodze do Washington DC oglądaliśmy piękną JESIEŃ, a w Nowym Yorku ZIMA sypnęła ogromnymi płatami śniegu i sztormową pogodą. Gdzie zatem WIOSNA? O tym opowiem w następnym, ostatnim odcinku tej wyprawy ;-) 13-15 dzień podróży na Florydę (dzień 22-24) – 29-31.10.2011
Sobotni dzień spędziliśmy na luzie. Postanowiliśmy przeznaczyć czas na drobne zakupy, ostatnie wypady do sklepów by spełnić prośby i zamówienia naszych przyjaciół. Pogoda była sztormowa, co w okresie zimy oznacza wiatr ze śniegiem i wilgotną mżawką. Wyszliśmy z domu i oniemieliśmy. Nad rzeką Hudson mgły kłębiły się, unosząc się nad spienionymi falami, gnanymi wiatrem od Oceanu. Nie dane im było zalegnąć i odpoczywać jak czasem bywa o spokojnym poranku. Niczym gwardziści podczas ćwiczeń musztry, przegrupowując się w coraz to nowe formacje, by za chwilę zniknąć pod białym kamuflażem. Wśród tego zjawiska przedzierała się niczym widmo stalowo szara olbrzymia barka pchana przez pracowite holowniki. Statki pojawiały się i znikały, prąc przez spienione wody smagane potępieńczo wyjącym wiatrem. Byłbym przysiągł że nie ma na ich pokładach załogi a kurs prowadzi w nieznane... i tak od wieków. Następnego dnia... właśnie. Następnego dnia nastała wiosna. Na całego :-) Słońce przechadzało się po błękitnym niebie co chwila polegując na białych pierzastych poduszkach, a z dachów kapał strużkami roztapiający się śnieg i lód. Raźnym krokiem poszliśmy na ostatni, przed wyjazdem, spacer po Big Apple. Zaczęliśmy od starej nadziemnej kolejki, której wiadukt mieszkańcy miasta uchronili przed rozebraniem, zamieniając na zawieszone nad ziemią ogrody i promenady :-)
Uśmiechaliśmy się do przechodniów, którzy nieśpiesznym krokiem przechadzali się w okolicach Brodway Street. Kosztowali kąpieli słonecznych wśród zapachu cygar.
My z uwielbieniem rozkoszowaliśmy się zapachem i smakiem gorącej przedpołudniowej kawy i podziwialiśmy ilości śniegu zalegające jeszcze na trawnikach Central Parku. Pogoda zachęcała do rekreacji, więc Nowojorczycy wylegli tłumnie zaludniając aleje. Biegacze, przygotowujący się do maratonu, rowerzyści, wrotkarze, longboardziści, mistrzowie freezbee...
a także wszelkiej profesji artyści, z radością delektowali się wiosną tej zimy. :-)
i my przechadzaliśmy w dobrych nastrojach kosztując każdą chwilę razem. Za kilka godzin będziemy wylatywać do Polski.
Jeszcze ostatnie zachwyty nad dumnym ze swojego halloweenowego stroju Buldogiem, pełnoprawnym obywatelem tego miasta.
Jeszcze ostatnia wizyta w Apple Store by kupić wymarzonego iPada i pakowanie walizek z nadzieją że nadwaga bagażu będzie do zaakceptowania. Wylatywaliśmy w Halloween więc na lotnisku pani z odprawy, puszyła się dumna jak paw, ze swego świątecznego przebrania.
Jeszcze tylko kilka przyjacielskich uścisków, obietnice że wkrótce się zobaczymy. Chciałem by słowo "jeszcze tylko" brzmiało bez końca, ale wzbiliśmy się do nieba. Nocny lot przespaliśmy snem kamiennym by koło południa wylądować szczęśliwie w Warszawie :-) HAPPY END :-)
|













































