| USA zachodnie BLOG 17.03 - 10.04.2011r. |
|
Odliczamy godziny do wylotu - USA 16.03.2011r
Nasza podróż do USA, zaczęła się pół roku temu, od spontanicznej i jednomyślnej decyzji. JEDZIEMY!!! zabrzmiało gromko w powietrzu. Naszej decyzji... przedstawimy się: Ewa Foley i Rafał Sowiński :-) Po podjęciu decyzji sprawy potoczyły się gładko i sprawnie. Grupa zakochanych podróżach globtroterów znalazła bardzo szybko terminy i chęci i pieniądze, żeby się do nas przyłączyć. I tak zebrała się grupa 10 zadowolonych i ciekawych Świata ludzi. Już odliczamy ostatnie godziny do wylotu, we czwartek 7:30 AM. Walizki pakujemy w międzyczasie, dopinając ostatnie organizacyjne czynności. Sprawdzając i potwierdzając rezerwacje biletów, hoteli, transportu. Odznaczając skrzętnie punkt za punktem z naszej długiej listy spraw do załatwienia :-) i oczywiście sprawdzając prognozy pogody... Road Trip Planner : Weather Underground ...w Kalifornii, Arizonie, Nowym Meksyku, Nevadzie i Utah... czyli w stanach które odwiedzimy w ciągu 25 dni naszej podróży. Zaczniemy w magicznej Sedonie, w stanie Arizona na konferencji THE GATHERING, a potem pojedziemy na 8-dniowy TOUR z Jonette Crowley i wodzem plemienia Lakota Woableza, by na początku kwietnia ruszyć na wyprawę do najpiękniejszych parków narodowych zachodniego USA. A w tym samym czasie obiecuję pisać i dzielić się z Wami naszymi zachwytami, spostrzeżeniami, doświadczeniami, okrzykami radości i zdjęciami z podróży. Nasza relacja z podróży już się zaczęła... do poczytania na 4 500 kilometrowym szlaku, który przejedziemy. Rafał i Ewa
Warszawa - Londyn - Phoenix - Sedona - USA 17.03.2011r
Spotkaliśmy się raniutko na terminalu A lotniska Chopina w Warszawie. Uśmiechnięci i zadowoleni pełni entuzjazmu. Odprawa przebiegła sprawnie więc pozostały czas w oczekiwaniu na samolot spędziliśmy w kawiarni i sklepach.
Lot do Londynu potraktowaliśmy jak rozgrzewkę do skoku przez ocean. Skracając go do minimum czytaniem książek, pomiędzy krótkimi drzemkami. 6 godzin oczekiwania, podczas międzylądowania na Heathrow przeznaczyliśmy na zajęcia w grupach. Po szybkiej odprawie wyszedłem z lotniska i korzystając z metra, w ciągu 50 minut dojechałem do stacji South Kensington. Piccadilly blue line, którą jechałem istnieje od 1906 roku. Łączna długość jej trasy wynosi 71km a rocznie korzysta z niej 171 milionów pasażerów. Takich rezultatów, z całego serca życzymy budowniczym warszawskiego metra, przed upływem 100lat :-). Kilka dni przed wyjazdem, dowiedziałem się od przyjaciół o przecudnej wystawie. Sexual Nature, której ekspozycja mieści się w Natural History Muzeum. www.nhm.ac.uk/sexual-nature Wystawę można oglądać od 11 lutego do 2 października 2011r. Zajmuje jedną dyskretnie zaaranżowaną salę, gdzie przy przyciemnionym świetle i delikatnie zmysłowej muzyce, zwiedzający mogą zgłębiać tajemnice i ekscytujące szczegóły życia erotycznego świata zwierząt. Przepiękne filmy, które obrazują zaloty, akty miłosne i macierzyństwo, dopełniają różnorodności eksponatów zgromadzonych na wystawie. Można odlecieć...
...i odlecieliśmy, w kierunku USA - Arizona - Phoenix. Piękna pogoda, panowała podczas lotu nad Grenlandią, największą wyspą na świecie, w 84% pokrytą przez lądolód...
... i nad krainą Wielkich Jezior, które wypełniły się wodą podczas ostatniego zlodowacenia ok 10mln lat temu
i nad górzystym, narciarskim rejonem Salt Lake City,
...piękna pogoda sprzyjała zwiedzaniu Ziemi, z perspektywy 10000m nad jej poziomem i z prędkością 880 km/h. Wylądowaliśmy w gorącym Phoenix, o 18tej miejscowego czasu (-8h różnicy czasu między Polską) Szybko i sprawnie przeszliśmy z naszą 10 osobową grupą przez kontrolę paszportową i wsiedliśmy do busa, który ruszył w noc, w stronę uśpionej wśród Czerwonych skał Sedony.
Dzień 2 - SEDONA - Arizona, USA 18.03.2011r
Sedona jest uroczym miastem, położonym w dolinach otoczonych monumentalnymi czerwonymi skałami Red Rocks. Legenda głosi, że przy początkach powstania miasta, datowanych na 1902r, ogromne znaczenia miało założenie w tej okolicy budynku poczty. Jak głosi legenda żona założyciela poczty miał na imię Sedona. Resztę historii dopisali mieszkańcy, którzy stworzyli w tym uroczym miejscu miasteczko New Age, mekkę dla artystów i wszelkiego rodzaju badaczy worteksów mocy i obcych cywilizacji. Taki tygiel niezwykłości w połączeniu z monumentalną i niepowtarzalną przyrodą spowodował, że Sedonę odwiedza co roku od 2 do 4 milionów turystów! To wyśmienity biznes dla 11500 mieszkańców.
Zamieszkaliśmy w uroczym The King Ransom Sedona Hotel. Oferuje gościom schludne i duże pokoje oraz wygodne łóżka. Położony jest 15 minut spacerem od Tlaquepaque - miasteczka rzeźbiarzy, jubilerów i restauratorów, w mieście rzeźbiarzy, jubilerów i restauratorów.
Wstaliśmy wczesnym rankiem, jeszcze przed świtem. Nasz zegar biologiczny zaczął powoli dostrajać się do zachodnio-amerykańskiego rytmu dnia i nocy. Po śniadaniu wesołą kompanią poszliśmy zwiedzać miasto i możliwości jakie oferowało. Cóż, jedną z pierwszych z jakiej skorzystaliśmy, była kawiarnia Starbucks. Posadowiona wysoko na skale, z tarasem wychodzącym na góry skaliste. Wyśmienita lokalizacja, jak opisałby agent nieruchomości :-)
Po południu wynajęliśmy samochód i po krótkiej naradzie z pracownikiem w Visitor Center wybraliśmy trasę pierwszego trekkingu po Arizona Red Rocks! Wybraliśmy Doe Mountain oddalone 20min drogi od centrum. Jechaliśmy wąskimi drogami usianymi znakami zakazu przejazdu podczas deszczu. Okoliczna przyroda rządzi się swoimi prawami. Część z nich można ujarzmić do innych należy się dostosować. Miedzy innymi do tego, że podczas deszczu strumienie mają pierwszeństwo na każdej górskiej drodze. Nie trzeba federalnych żeby egzekwować to prawo :-) Wchodząc na szczyt Doe Mountain rozkoszowaliśmy się pięknymi widokami górskich szczytów, wystających jak wyspy czerwieni, z morza zieleni równin ciągnących się po horyzont. Nasza godzinna wędrówka na szczyt, była równocześnie wędrówką przez 270 milionów lat, przez które siły natury rzeźbiły okoliczne doliny i góry.
Po zebraniu organizacyjnym, kolację zjedliśmy w restauracji Rene na terenie Tlaquepaque. Tatar z tuńczyka i sałatka z tuńczyka była godna samego Wakan Tanka plemienia Lakota. Syci i rządni snu wróciliśmy do hotelu. Śniła mi się nasza górska wycieczka, zanim wstałem wypoczęty o 5 nad ranem ;-) także w takich przypadkach doceniamy książkę, naszego przyjaciela.
Dzień 3 - Konferencja - Gathering 2011, Sedona, USA 19-21.03.2011 http://www.thegathering2011.com/ Festiwal rozpoczął Woableze, wódz plemienia Lakota wraz ze swym młodszym bratem Uqualla. Wśród skał zabrzmiały bębny a potem pieśni dziękczynne Indian Lakota. które uniosły się w cztery strony świata. W powietrzu leniwie snuła się woń palonej szałwii i pomyślałem, że ta pieśń niosła się wśród górskich szczytów już ponad 3 tys lat temu, kiedy to indianie Anasazi założyli swoje siedziby na terenie Utach. Historia przodków obecnych północnoamerykańskich Indian sięga jednak dalej. W Lewisville w Teksasie znaleziono szczątki, ówcześnie żyjących Indian, datowane na 38 tysięcy lat p.n.e. Polowali co prawda na mamuty a nie na bizony, ale liczy się sztuka. Jest kilka teorii na pojawienie się ludzi w Ameryce Północnej. Jedna z nich mówi o tym że pierwsi mieszkańcy pojawili się na kontynencie z Azji, przekraczając Cieśninę Beringa. Zgromadzenie wody w lodowcach spowodowało obniżenie poziomu morza o ok 100m i umożliwiło migrację przynajmniej dwa razy, w okresie między 50 tys. a 8 tyś lat przed naszą erą. Następną teorią, której możliwy scenariusz udowodnił Thor Heyerdahl przepływając Morze Śródziemne i Atlantyk na papirusowej łodzi "Ra". Ta udana wyprawa miała udowodnić, że podobieństwo wzorów przedmiotów wytwarzanych na odległych kontynentach, wyniknęło z powodu zasiedlenie Ameryki przez ludy Azji Południowo-wschodniej i Polinezji. Także teorie o pojawieniu się w Ameryce Północnej, na długo przed Kolumbem, wypraw floty egipskiej, fenickiej a także chińskiej. Tak wiele okoliczności do pojawienia się różnorodnych ras na kontynencie wpłynęło na ogromną różnorodność rys twarzy żyjących współcześnie Indian, a także ich kolorów skóry, od brązowego do zupełnie białego.
Po uroczystości otwarcia, przeszliśmy do sali wykładowej, w której spędzimy następne 4 dni. O rewelacjach i niesamowitościach jakimi raczyli nas kolejni spikerzy opowie Ewa Foley po powrocie, na kolejnych spotkaniach otwartych i warsztatach. Po szczegóły dotyczące terminów seminariów, zapraszamy na stronę: Wkrótce stronę zaprezentujemy w nowej odsłonie. Nasz Web Master Tomek, pracuje rzetelnie nad nową grafiką już od kilku tygodni. Strona będzie przejrzysta i czytelna, ułatwiając odwiedzającym wyszukiwanie potrzebnych informacji.
Dzień 4 - jeszcze Sedona, USA 20.03.2011
Wczoraj wieczorem obiecałem sobie solennie wykorzystać dobrodziejstwa życia w Ameryce wg. środkowoeuropejskiego czasu. W Warszawie rzadko nadarza mi się okazja oglądania wschodu słońca :-) Więc kiedy dziś rano otworzyłem oczy znowu o 5:00 nad ranem, zerwałem się z łóżka, zarzuciłem na siebie trekingowe rzeczy i ze spakowanym plecakiem ruszyłem w góry. Jeszcze po ciemku wsiadłem do samochodu i słuchając lokalnej country stacji, dojechałem do szlaku pod Cathedral Mountain. Dziarskim krokiem ruszyłem pnąc się po czerwonych skałach w kierunku szczytu. Szarawe światło poranka uwidoczniło kilka postaci owiniętych w śpiwory. To szczęśliwcy, którzy noc spędzili u podnóża góry śpiąc wprost na gładkich skałach.
Minąłem obozowisko i skierowałem się do Katedry. Dotarłem na szczyt po godzinie, robiąc po drodze wiele zdjęć wstającego wśród gór poranka.
Warto było.... siedziałem wewnątrz katedry, na półce skalnej zwieszając nogi w przepaść, otoczony z lewej i prawej strony kolumnadami skał. Przede mną roztaczał się zapierający w piersiach widok na Bell Rock i ścianę Colorado Plateau, w którym przyroda rzeźbi Kanion Colorado, od biliona lat. Piskliwy sokół zataczał leniwe ósemki nad moją głową, a ja śledziłem go wzrokiem. Polecam to poranne ćwiczenie, nawet bez sokoła. Słońce na dobre już wzeszło kiedy o 8:00 wróciłem na śniadanie. Dobry nastrój dobrze nastrój! Mój brzmiał od rana jak Orkiestra Filharmoników Nowojorskich !!!
Dzień 5 - atrakcje Sedony, USA 21.03.2011
Nie tylko można o nas czytać. Teraz także można nas obserwować z perspektywy satelity! http://share.findmespot.com/shared/faces/viewspots.jsp?glId=08d1FNeS75Sah6hZSRHdZFNzHEZjnbRPX :-) Poznaliśmy dzisiaj podczas kolacji Ralpha, ze Szwecji, który podróżuje razem z nami w grupie 60 osób. Zabrał ze sobą podręczny lokalizator satelitarny "SPOT" współdziałający z Google Map. Uprzejmie pozwolił nam udostępnić link do swojej lokalizacji. Więc przez dedukcję drogi Watsonie - gdzie Ralph tam i my. Przynajmniej do czasu kiedy w Las Vegas nasze drogi się rozejdą. Zatem możecie na bieżąco śledzić naszą lokalizację godzina po godzinie. Techniczne udogodnienia jedzą nam z ręki :-) Uroczy dzień zwiedzania Grand Canyonu opiszę wkrótce. Teraz jest u nas 2:00 AM i czas na sen :-) to pozwala ograniczyć ilość wypitej kawy podczas dnia.
Ostatni dzień w Sedonie spędziliśmy zwiedzając okolicę. Pogoda zaczęła się chmurzyć. Wiatr wiał silniejszy, więc zapowiedziany na dziś objazd okolicznych atrakcji turystycznych przez chwilę był pod znakiem zapytania. Zaczęliśmy od Bell Rock, skały w kształcie dzwonu postawionego na równinie. Podobno jest to miejsce, w którym daje się odczuć zakłócenia w postaci wiru energetycznego. Na szczęście nie obowiązkowo. Następnym punktem wycieczki była kaplica John of God Casa. Ten uzdrowiciel słynie nie tylko z licznych dowodów na posiadanie nadprzyrodzonych mocy. Słynie także jako posiadacz kilkuset kilogramowego kryształu górskiego, emanującego uzdrowicielską energią. Można poczuć jego właściwości. Na szczęście nie obowiązkowo. Instytucja kościoła w Ameryce jest sprywatyzowana i nie ma monopolu na wiarę katolicką. Więc tę kaplicę odwiedzają pielgrzymi z całego świata, prosząc o zdrowie dla siebie i bliskich. Następnym punktem programu było kolejne miejsce mocy. Tym razem w Red Rock National Park. Czujący worteksy, zostali na polanie przy Visitor Center, a czujący piękno przyrody... i worteksy, ruszyli na szlaki. Urokliwe kaniony stworzone przez rwące wody Oak Creek, sino białe platany odcinające się na tle Red Rocks, łatwe spacerowe szlaki i wszechobecna cisza tej krainy, to wystarczające powody żeby chcieć spędzić na łonie przyrody 2 godziny. Kiedy przyszliśmy na polanę zastaliśmy uczestników konferencji w śpiewach i pląsach, przy akompaniamencie andyjskiej muzyki, którą zapewnił Malku - andyjski szaman z Cusco - oraz jego przyjaciele. Naszą wycieczkę objazdową zakończyliśmy dla odmiany zwiedzaniem Worteksu mocy, znajdującego się na wzgórzu, z którego rozchodzi się widok na całą Sedonę. Rozchodził się aż do zachodu słońca...
Dzień 6 - Grand Kanyon, South Rim, USA 22.03.2011 Obiecałem więc opiszę:
Rozpoczęliśmy Gathering Tour - czyli wycieczkę przez Arizonę - Nowy Meksyk - Utach - Nevada.
Spadł śnieg. Nagle Czerwone Góry nabrały nowego wymiaru. Jakby bardziej patriotycznego, biało-czerwonego. Przysłowie w marcu jak w garncu sprawdza się także w Arizonie. Wyciągneliśmy więc z walizek zimowe ubrania i wciskając głęboko czapki na uszy pożegnaliśmy Sedonę, ze smakiem oczekując następnych rewelacji. Kierując się na południe ruszyliśmy w kierunku Flagstaff, wjeżdżając na szczyt płaskowyżu Colorado Plateau. skierowaliśmy się w kierunki Grand Canyon - South Rim. Dojechaliśmy do Bright Angel i zaczęliśmy trekking wzdłuż przepaści. Widok nie dający się porównać z niczym na świecie. Nawet Gran Canyon North Rim gaśnie przy swoim południowym, niższym bracie. Około 6 milionów ludzi odwiedza w ciągu roku Grand Canyon. Trochę danych na temat tej olbrzymiej rynny wyżłobionej w ziemi przez bilion lat:
-głębokość kanionu 1,6km robi wspaniałe wrażenie. Stojąc na skale wystającej poza brzeg kanionu można sobie wyobrazić jak zachwyconymi na co dzień bywają Kondory, powoli zwiedzające te okolice. Co do kondorów, to udało się uratować ten gatunek, uznany z stracony i w tej chwili lata na wolności 11 sztuk tych pięknych ptaków. A może właśnie pęka następne jajo... :-) -szerokość kanionu między krawędziami North Rim a South Rim wynosi 16km -długość Kanionu wynosi ok 450km.
A teraz trochę na temat Kanionu od siebie: Woooooooooooooowwwwwww!!!!!!!!!!!!
Zrobiliśmy zebranie grupy i po krótkiej naradzie rozeszliśmy się po szlakach. Zaśnieżone skały dodawały kolorytu uwydatniając najdrobniejsze wyżłobienia, uskoki i półki skalne. Czyli to, czego będąc 2 lata temu nad North Rim, w środku lata, nie byliśmy w stanie wyłowić. Ubrane w zimowe czapy śniegu drzewa odbijały promienie słoneczne na tle lazurowego nieba. Czyste i pachnące zimnym wiatrem powietrze, leniwie pchało pierzaste chmury, a zapach iglastych jałowców przyprawiał o zawrót głowy. Wszystko to ubrane w bezkresną przestrzeń. 2,5 km spacer, który zrobiliśmy brzegiem Kanionu, między Bright Angel a Yavapai Point, zdawał się spacerem w chmurach.
Na noc dojechaliśmy do Moenkopi (Tuba City) rezerwatu ziemi indian Navajo (Nawaho)
Dzień 7 - Zwiedzimy rezerwat indian Hopi. 23.03.2011
Zacznijmy od głównych zasad obowiązujących w rezerwacie - rozpoczął spotkanie nasz przewodnik. Nie wolno robić zdjęć, nagrywać filmów, używać dyktafonów - pod groźbą roztrzaskania sprzętu przez Indianina. Nie wolno zwiedzać samemu wiosek w rezerwacie ani odłączać się od grupy. Rezerwat Indian Hopi, to państwo w państwie. Jak Watykan. Hopi są tradycjonalistami. Żyją w plemiennych wioskach, nierzadko bez elektryczności i wody bieżącej. Nie poddali się Hiszpańskiej chrystianizacji, mimo restrykcji, w postaci wyżynania w pień całych wiosek, zrzucania ze skały opornych Indian, czy gotowania we wrzątku stóp indiańskim uciekinierom. Hopi w niewoli wytrzymali 80 lat, po czym postanowili, wraz z pozostałymi kilkunastoma szczepami Indian Pueblo, zrobić ogólnonarodowe powstanie zaplanowane na 14 czerwca 1680r. Hiszpanie mając przyjaciół-konfidentów wśród Indian, wiedząc o planowanej dacie, oraz mając posterunki w każdej wiosce, przeddzień jeszcze świętowali sporo zakrapiając kolacje winem. Indianie w między czasie przyśpieszyli akcję i nie dopuścili do tego, by Hiszpanie mieli następnego dnia po imprezowy ból głowy. Pozbawili ich głów. Hiszpanie wrócili po 20 latach zmieniając taktykę i starając się żyć wśród Indian i poprzez księży starać się zmienić ich kulturę i wiarę. Zdobyli nawet swoich zwolenników. Jednak większa część Hopi nie mogąc zapomnieć 80 lat tortur i niewoli. Rozprawiła się z Hiszpanami raz na zawsze. Księża, równocześnie w wielu wioskach, odprawiali mszę katolicką z udziałem nawróconych Indian. Obrządki odbywały się w świętych pomieszczeniach obrządków, zwanych Kiwa. Wstęp pod ziemię mieli tylko mężczyźni. Hopi zablokowali włazy do Kiwa w każdej wiosce i spalili żywcem wszystkich Hiszpanów, wraz ze swoimi braćmi. Hiszpanie już nigdy nie wrócili, a Hopi mają do dzisiaj wyrzuty sumienia z powodu tego uczynku, bo są bardzo pokojowo nastawionym plemieniem :-)
Przez koneksje z wodzem Woableze plemienia Lakota, który będzie z nami podróżował, zaproszeni zostaliśmy do wioski plemiania Indian Hopi. Najstarszej obecnie wioski, zamieszkałej przez Hopi. Zaproszeni zostaliśmy do chaty artysty, wyplatającego na krośnie tradycyjne ozdoby, ubiory i dywany wykonane w przepięknym wzornictwie i kolorystyce.
Spędziliśmy z Hopi kilka godzin, a na koniec pobytu zaproszeni zostaliśmy na miejsce świętego kamienia, do odprawienia wspólnego rutualnego obrządku Hopi i Lakota, za pomyślność Matki Ziemi. Głaz na którym od wieków wyryte są pradawne inskrypcje, podobno zawiera przepowiednie na temat przyszłości Ziemi. Po obrządku obdarowaliśmy wodza Hopi - klanu Niedźwiedzia, suszonymi leczniczymi Korzeniami Niedźwiedzimi, do dziś używanymi przez Indian, do leczenia wielu chorób układu oddechowego i przeziębień. Zdjęć z tej części wyprawy nie będzie, z powodu przestrzegania przeze mnie regulaminu rezerwatu Hopi.
Resztę drogi spędziliśmy w autokarze, jadąc w kierunku Santa Fe w Nowym Meksyku.
Dzień 8 - Mesa Acoma - Santa Fe 24.03.2011
Rano szybko zjedliśmy śniadanie i wyjechaliśmy z Grant kierując się w stronę Acoma (Sky City), najstarszej Mesy w Nowym Meksyku, zamieszkałej od 1100 r.n.e. Obecnie znajduje się na terenie rezerwatu Indian Acoma. Mesą nazywają Indianie, wysoką skalną górę, ze ściętym wierzchołkiem (jak płaskowyż) na którym budowali swoje puebla, w obawie przed Hiszpanami.
Miasto budowano na wysokiej na 100m i rozległej, płaskiej skale. Na szczyt której, wśród pionowych skalnych ścian, prowadziła tak wąska ścieżka, że można było się nią przecisnąć wyłącznie idąc gęsiego. To sprawiało, że miasto nabierało właściwości warownej twierdzy. Widok z góry na rozległe równiny, pozwalał mieszkańcom dostrzec bardzo wcześnie powiewające na wietrze chorągwie niesione przez oddziały konkwistadorów jadących na koniach. W okolicy, Indianie zbudowali wiele miast na skałach: Cebollita Mesa, Mesa Negro, Enchanted Mesa etc. Za czasów Hiszpańskiej konkwisty, Indianie porozumiewali się ze sobą pokonując biegiem odległości nawet 100km pomiędzy mesami. To wymagało czasu i wysiłku, żeby w precyzyjnie zorganizować ogólnonarodowe powstanie Indian Pueblo. Pamiętajmy, że to Hiszpanie przywieźli do Ameryki pierwsze konie, których Indianie zaczęli chętnie używać. Zwiedziliśmy Mesa Acoma, w którym Indianie, żyją tradycyjny sposób: bez bieżącej wody, bez prądu, w pobudowanych przed dziesiątkami lat pueblach.
Cmentarz na którym chowają swoich zmarłych powstał w ziemi, wniesionej worek po worku na skalny płaskowyż. Zmarli są chowani obecnie na 4-tym poziomie. Zejście ze skały, wąską i krętą szczeliną w skale, zajęło nam kilkanaście minut. Kobiety głośno popiskiwały a mężczyźni mogli się wykazać rycerskością.
Indianie z Akoma osobiście podziękowali naszej grupie za obfite zakupy, które zrobiliśmy na ich stoiskach. Byliśmy pierwszą w tym sezonie grupą i to był dla nich poważny zastrzyk gotówki przed nadchodzącym sezonem. Posiłek zjedliśmy z ochotą i ruszyliśmy w kierunku Santa Fe, mijając po drodze Albuquerque - największe miasto w Nowym Meksyku. Do Santa Fe dojechaliśmy ok 15:00. Nareszcie znaleźliśmy działająca w hotelu pralnię i suszarnie!!! Ufff, bo jechaliśmy na rezerwie. Krótkim spacerem przeszliśmy przez miasto i weszliśmy do Kaplicy Loretto, słynącej z kręconych drewnianych schodów, których konstrukcja do dziś zachwyca i zastanawia architektów. Stoją w cudowny sposób bez podpór i przęseł. Po wyjściu z kaplicy rozeszliśmy się po sklepikach i knajpach w celu wydania jak największej ilości pieniędzy. Jutro się dowiemy kto wygrał. Odmówiłem sobie pięknego Poncza utkanego z wełny Alpaki, oraz koca indiańskiego tkanego w piękne kolory i wzory. Żeby sobie więcej nie odmawiać cieszę się że opuszczamy tę mieścinę pełną sklepików z wyrobami Indiańskimi, galerii sztuki i knajpek.
Dzisiejszą noc prześpimy w Hotelu Sage Inn, w Santa Fe. Dobranoc.
Dzień 9 - Bandelier Canyon - 25.03.2011 Dzień dobry. Zjedliśmy wspólne, wczesne śniadanie i pobyliśmy w Santa Fe o godzinę dłużej z powodu mojej pomyłki co do godziny pobudki. Sklepy rano były jeszcze zamknięte. Może to i dobrze, bo ilość oferowanych w miasteczku towarów, biżuterii i dzieł rękodzielniczych, wchłonie każdy, nawet najgrubszy portfel. Ćwicząc silną wolę zrezygnowałem z zakupu pięknego indiańskiego koca w kolorach Navajo (czerwieni, żółci i turkusu) meksykańskiego grubego poncza z wełny Alpaki... Echh...
Obiecaliśmy sobie solennie, że wkrótce wrócimy do Santa Fe! Może już na jesieni?
Pojechaliśmy w kierunku Bandelier Natonal Monument. Teren przed wiekami czynny wulkanicznie powstał na bazie pyłu wulkanicznego zalegającego w tym rejonie na wysokości 200 - 300m. Indianie Puebla, którzy zamieszkiwali te tereny szybko zorientowali się że okoliczne skały zbudowane z pyłu, dają się łatwo formować. Powstały na początku siedziby w wyżłobionych w skałach jaskiniach.
Eksperymenty jakie prowadzili budowniczy Indiańscy doprowadził ich do wypracowania kamiennego domu w kształcie położonego na płasko pudełka. Następny etap ich eksperymentów dotyczył budowania piętrowych siedzib, które się jednak zawalały. Pomysłem, który przetrwał polegał na budowania piętra trochę mniejszego od podstawy. Plemię Puebla, zasiedlające Frijoles Canyon, zbudowało w oparciu o skały kanionu, dużą osadę społeczności rolniczej. Hodowali agawy i kukurydzę oraz zajmowali się łowiectwem. Era Indian w tym rejonie datowana jest na 1150-1350r n.e. Pewnego dnia Indianie opuścili ten kanion zostawiając za sobą skalne miasto i więcej do niego nie wrócili. Nie znamy przyczyny ich decyzji.
Zwiedzanie miasta zaczęliśmy od Tyuonyi. Ruin miasta puebla postawionego w kilku piętrach na obwodzie koła. Jedną z wielu tras trekkingowych, przeszliśmy na szczyt kanionu. Nuda. Znowu piękne widoki, na wysokości kołujących w powietrzu ptaków. Zielone drzewa rosnące w dole, na dnie kanionu i skrzący się pośród nich strumień.
Wioooo!!! z powrotem do Grant, ziemi Indian Navajo. Tam zanocujemy przed następnym etapem podróży. Rafał
A teraz ja Ewa (Foley). Nasz tour zbliża się do półmetka - za nami setki przejechanych mil i odwiedzanie magicznych miejsc, a przed nami kolejne setki mil i kolejne pomniki natury... Rafał zapowiedział już co będziemy robić jutro. A pojutrze wjeżdżamy na teren rezerwatu Indian Nawaho do słynnej monumentalnej doliny (Monument Valley). W ciągu dnia będziemy poruszać się po dolinie jeepami i zostaniemy w rezerwacie na nocleg.
Our tour operator is WALK SOFTLY TOURS owned by Tom and Anne.
Dzień 10 - Chaco Canyon (Pueblo Bonito), Nowy Meksyk, 26.03.2011r.
Jeżeli ktoś podczas swojej podróży oglądał już Acoma Mesa i Canyon The Chelly to teraz czas na Chaco Canyon. Historia tego miejsca spleciona mocno jest z Indianami Anasazi. W okresie 850 -1150 r.n.e. w Mesa Verde ludzie budowali swoje siedziby oparte o olbrzymią skałę, w Casa Grande Indianie budowali budowali budynki tylko dla członków elity społecznej, ale nikt nie budował tak WIELKICH budynków dla całej społeczności, jak w Chaco. Do ruin Pueblo jechaliśmy 2 godziny poprzez bezkresne indiańskie prerie. Szerokie równiny z karłowatą roślinnością urozmaicone od czasu do czasu pasącymi się stadami dzikich koni, Mustangów. Kiedy opadł kurz z pylistej drogi naszym oczom ukazał się płaski, szeroki kanion między wysokimi pionowymi ścianami
W głębi kanionu, odcinały się od błękitnego nieba, ruiny puebla. Tysiąc lat temu to miejsce zajmowała wysoko rozwinięta cywilizacja Indian Anasazi. Rolniczego plemienia, trudniącego się rolnictwem. Kalendarz gwiezdny, który stworzyli i którego używali, a którego precyzja zdumiewa do dziś dnia. Zdumiewa ich rozwinięta kultura, złożony system wierzeń oraz wysokie osiągnięcia w budownictwie. Wybrali ten Kanion wierząc że to miejsce połączenia świata podziemnego, niebiańskiego i ludzkiego. Zbudowali rozłożyste miasto ciągnące się na przestrzeni 36 km. Budowali budynki do 6 pięter i wykorzystali specjalnie wietrzone pomieszczenia do przechowywania mięsa i innych produktów. Miasto zamieszkiwało na stałe ok 5000 ludzi. Do zbudowania tego kolosalnego przedsięwzięcia Indianie użyli 200 000 drewnianych bali, które przynieśli na swoich ramionach, z odległości ok 80 km. Napisałem przynieśli, ponieważ nie znali jeszcze transportu koni, a wierzenia nie pozwalały im by drewno użyte do budowy dotknęło ziemi. Zatem nieśli drewniane bale na swoich ramionach, przekazując je grupa po grupie. Nie wiemy jak nazywali siebie Anasazi, bo to imię nadali im Navajowie mieszkający w sąsiedztwie. Zresztą to z powodu bojowych i prymitywnych Navajoi i Apaczy, budowali Anasazi takie warowne miasta. Pałac królewski, Pueblo Bonito, wybudowany naprzeciw wejścia do Kanionu, składał się 600 komnat. Mieszkał tam król, kapłani i świta.
pozostałe budynki miasta ciągnęły się wzdłuż Kanionu. Malowane na biało twierdze musiały robić na przybyłych piorunujące wrażenie. Robiły też wrażenie ceremonie w obecności króla ubranego w odświętne szaty i ozdobny olbrzymi pióropusz, który na wysokim na 3m postumencie witał swój wielotysięczny lud w towarzystwie świty. Ta sielanka trwała ok 300 lat i nagle zaczął się kryzys. Ludzie zamieszkujący pueblo zaczęli chorować, byli zbyt słabi by nosić olbrzymie bale drzew potrzebne do rozbudowy miasta. Notowano olbrzymi odsetek śmiertelności niemowląt. Badania antropolgiczne ich kości wykazały zrzeszotnienie i anemię. Nie wystarczała kukurydziana dieta, a pozyskanie mięsa zwierząt, dla tak olbrzymiej społeczności okazało się niewykonalne. W promieniu 3 dni drogi od puebla było trudno o mocno już przetrzebioną zwierzynę. Z dalszej odległości, nie było możliwe sprowadzanie mięsa które się łatwo psuło. Do tego panująca w tym okresie 40 letnia susza dopełniła dzieła. Tak piękna i rozwinięta cywilizacja zwinęła skrzydła. Indianie opuścili miasto rozżaleni na króla i kapłanów i powoli wtapiali się w szczepy Indian Zuni i Hopi. Tak nagle opuszczone miasto niszczało systematycznie krok po kroku. Do dnia dzisiejszego niewiele pozostało a jednak to co pozostało robi niesamowite wrażenie. Zanim opuściliśmy to magiczne miejsce by udać się do Farmington, wspięliśmy się na szczyt wąwozu, dość wąską i stromą ścieżką, aby z wysokości podziwiać dolinę i misternie utkane ruiny Puebla.
Dobranoc, z Farmington, pisał wasz korespondent, Rafał
Dzień 11 - Tse Bii Ndzisgaii - Monument Valley (Utah-Arizona) 27.03.2011r
Dziś dojechaliśmy do Monument Valley. Doliny należącej do plemienia Navajo, położonej na pograniczu Utah i Arizony. Tsé Bii Ndzisgaii (Dolina skał) jak nazywają ją Indianie słynie z olbrzymich skał, które rozrzucone na równinie, górują na wysokość nawet 300m. Nie będę wiele rozpisywał się na temat naszej wycieczki, bo to co zobaczyliśmy, nie da się opisać słowami. Każda próba, choćby lotnego pióra, była by tylko jako miedź brzęcząca, albo cymbał brzmiący...
i Indianin plemienia Navajo, któremu zaprzyjaźniona koza, chodzi po kapeluszu :-)
Skały od lewej: Wielki ślimak idący na wschód. Po środku: Wielki ślimak idący na zachód. I po prawej: Wielki ślimak co nigdzie nie idzie. :-) To świetna zabawa, z mijanych skał odczytać wiele znajomych kształtów.
Dzień 12 - Antelope Canyon, Zion Park 28.03.2011r
Wyjechaliśmy z Monument Valley, kiedy tylko słońce wzeszło nad monumentalnymi katedrami skał. Przed nami standardowy nowiutki fabrycznie dzień i długa trasa do przejechania. Przystanek i obóz przejściowy zaplanowaliśmy w Page. W małej mieścinie, która słynie z ogromnej tamy na rzece Kolorado. Tamy, która spiętrzając jej wody utworzyła ogromne jezioro Powell Lake, położone wśród martwych białych skał. (długość jeziora 299 km, szerokość 40 km, długość linii brzegowej 3156 km, czyli więcej niż długość amerykańskiego wybrzeża Pacyfiku. Przedziwne uczucie oglądać to pustkowie. Page także słynie z tego, że wjeżdżając, do miasta cofa się czas o godzinę, a wyjeżdżając przesuwa się ten czas do przodu o godzinę. Co wymaga stałej uważności, o której i gdzie się umawiać i potem należy sprawdzić czy jest prawidłowe "o której" :-). I oczywiście Page słynie z Antelope Canyon !!! Zazwyczaj zadajemy sobie w życiu pytanie: ile jeszcze szczęścia jestem w stanie znieść? Podczas tej wyprawy, zweryfikowaliśmy nasze wyobrażenia o odpowiedzi na to proste pytanie... in plus!!! Po zachwyceniu się Monument Valley, przyszła kolej na mega, chiper, super zachwycenie się Antelope Canyon. Można się tam dostać jedynie samochodami terenowymi czyli transportem oferowanym przez Indian. Weszliśmy do wąskiego i krętego wąwozu i.... obiecaliśmy sobie że wrócimy do kanionu na początku października 2011 z grupą 20-tu uwielbiających podrórze przyjaciół. Mamy już dwa miejsca zarezerwowane. Te piękne zdjęcia zrobiła Ewa :-)
Jeszcze mieliśmy pod powiekami obrazy z Antelope Canyon, kiedy wjeżdżając do Zion zweryfikowaliśmy po raz kolejny odpowiedź, ile jeszcze szczęścia jesteśmy w stanie znieść?
Dzień 13 - Zion Park 29.03.2011r
Po śniadaniu, w pełnym rynsztunku zajechaliśmy do Zion Visitor Center. Sezon turystyczny jeszcze sie nie zaczął, więc nasz autobus dostał pozwolenie na wjazd do parku. W pełnym sezonie, po parku można poruszać się jedynie specjalnymi autobusami dowożącymi turystów do początków szlaków. Odwiedziłem Zion po raz trzeci. I za każdym razem jego piękno i za razem monumentalny spokój robią na mnie piorunujące wrażenie. Takie też zrobił na pierwszych osadnikach, którzy w okresie zasiedlania Ameryki wjechali w ten kanion swoimi wozami zapełnionymi dobytkiem. Świerze powietrze, zielona od roślinności dolina, dostęp czystej wody w strumieniu i piękno tego miejsca spowodowały, że to miejsce nazwali Zion (czyt. zajon), czyli Syjon, Biblijny Raj.
Swoje pierwsze kroki w Raju skierowaliśmy na koniec doliny, do świętego miejsca Indian, zwanego Świątynia Sinawava. Olbrzymia okrągła polana, otoczona pionowymi skałami górującymi na ponad 2000 m. n.p.m. Topniejące na szczytach śniegi, zlewały się w doliny wodospadami lecącymi setki metrów, by rozbić się w pył o skały na dnie doliny. Następną atrakcja była wizyta pod Płaczącą Skałą. Doprowadziło nas do niej stadko ufnych Danieli, pasących się wśród obrośniętych zielenią zboczy. Olbrzymie wybrzuszenie skalne, pod którym stanęliśmy, płakało deszczem łez. Wróciliśmy na dół do doliny, by zaraz ruszyć na 3,2 kilometrowy, prawie pionowy szlak prowadzący do Angels Landing (Lądowiska Aniołów).
W rzeczy samej aniołowie czuwali nad nami, że doszliśmy na szczyt nie wyzionąwszy ducha ze zmęczenia. Małgosia narzuciła naszej pięcioosobowej grupie dziarskie tępo. Widok jaki rozciągał się z góry wynagradzał po stokroć każdego wędrowca.
W dole doliny, na dnie przepaści rozbłyskiwała rzeka, z tej perspektywy jak grafitowa wstążka opasująca przełomem podnóże góry. Ptaki szybujące popiskiwały ze zdziwieniem: Kto się przechadza po ich niebie? Promienie wiosennego słońca grzały błogo, a wiatr delikatnie szumiał wśród szczytów. Zostaliśmy na tej górze i stoimy tam w naszych marzeniach do dzisiaj...
Dzień 14 - Viva Las Vegas 30.03.2011r
Daleko za sobą zostawiliśmy zielone doliny Zion gdy zza wzgórz wyłoniło się Las Vegas. Płaskie i szare, na horyzoncie otoczone górami. Po środku tego dziwnego tworu wystrzelają w niebo smukłe cielska kasyn. Tworu-miasta wybudowanego na środku spalonych słońcem nieużytków. W miarę zbliżania się zaczynamy rozpoznawać znajome kształty: New-york, MGM Grand, Encore, The Mirage, Cesars Palace, czekoladka Wynn (nazwa zarezerwowana dla Joasi :-) i Bellagio, z jego nie-za-wodnie tańczącymi do muzyki fontannami.
Wjeżdżając w labirynt świątyń rozrywki kierujemy się do Planet Hollywood. Razem z ludzką rzeką zanurzamy się w dźwiękach głośnej muzyki, kakafonii dzwonień, kląskań, zapachach drogich perfum i cygar... weszliśmy do kasyna. Mało kto z nas miał wyobrażenie, jak rozległe tereny zajmują kasyna. Ciągnące się kilometrami, jak korzenie hotelowych baobabów pozwalają gościom błądzić. Miasto powstało w 1905 od razu z zamiarem robienia biznesu. W tej chwili posiada ponad 500 000 mieszkańców. Niedaleko Las Vegas znajduje się poligon atomowy NTS, baza lotnictwa strategicznego Nellis AFB oraz słynna utajniona Strefa 51 z bazą lotnictwa wojskowego. To przedziwne sąsiedztwo nawet jak na takie zwariowane miasto. Oprócz kasyn wypełnionych po brzegi automatami, ruletkami, kołami fortuny, stołami do pokera i gry w kości, Vegas oferuje dodatkowe rozrywki. Występy artystów i piosenkarzy, mieszają się z performansami takich Światowych marek jak Celine Dion, Copperfield czy Circus de Soleil. Trzeba wybrać co usłyszeć, żeby zdążyć przed świtem... Udało się. Od 4tej nad ranem wróciłem do pokoju hotelowego.Dobranoc - jutro Vegas cd :-)
DZIĘKUJĘ BARDZO ZA CIERPLIWOŚĆ w OCZEKIWANIU NA PONOWNE URUCHOMIENIE NASZEJ STRONY. Amerykańscy Terroryści włamując się na naszego bloga i kasując owoce mojej dotychczasowej pracy, tylko chwilowo opóźnili systematyczny przekaz. Cieszy mnie to, że uznali naszą stronę za wystarczająco interesującą, by na niej umieścić swoje ważne przesłanie dla Świata. Nasz niezawodny Webmaster Tomek już zadziałał, a firma Home.pl, na której serwerze umieściłem stronę, zobowiązała się do przesłania kopii zapasowej strony, ze swoich archiwów. Dziękujemy wszystkim za sprawną i skuteczną akcję. Wstaliśmy właśnie rano i ruszamy za chwilę na ścieżki parku Capitol Reef. Obiecuję wkrótce uaktualnić rewelacje, które zwiedzaliśmy po wyjeździe z Vegas. Do usłyszenia Rafał. Vegas cd.
Dzień i noc 15 - odlot części naszych przyjaciół do Polski - czyli Vegas w pigułce. 31.03.2011.
Gdzie się zabawić w Vegas, oprócz odwiedzenia licznych outletów? :-) Należy przespacerować się główną aleją (zwaną STRIP), wzdłuż której strzelają w niebo ogromne kasyna. Należy odwiedzić podziemia wypełnione automatami do gry, ruletkami, stołami do pokera i zasmakować wygranej (wiedzieć kiedy skończyć grać) :-) Należy zwiedzić choćby niektóre ze stałych ekspozycji, jakimi bawią turystów kasyna np. olbrzymie akwaria z rekinami i egzotycznymi rybami, wybiegi dla lwów w MGM, cudowne łąki z kompozycji kwiatów, w gigantycznym Bellagio. Warto zobaczyć taniec fontann, muzyki i światła w jeziorze przed tymże kasynem. Warto w nocy pojechać to kasyna Stratosphere, wjechać na ostatnie piętro Tower i zjeść pyszną kolację w oszklonej restauracji, która na wysokości 350 metrów powoli obraca się nad rozświetlonym w nocy Vegas. Jeśli nie jesteście głodni, a na pewno przed kolacją, można zaszaleć na urządzeniach z piekła rodem znajdujących się na dachu wierzy. Dać się wystrzelić pionowo w niebo na wysokość 350+64m, z prędkością 74 km/g i przeciążeniem 4G, wjechać kolejką w 350 metrową przepaść, czy (NOWOŚĆ) skoczyć w dół podwieszonym na linie i wylądować na samym parterze kasyna :-) Warto też zasmakować historii, czyli pospacerować słynną ulicą Fremont, kołyską dorosłego już Vegas (pamiętając że show elektronicznych instalacji Świetlnych kończy się o północy.
Zabawiliśmy się setnie w większości z tych miejsc... Jednak największe wrażenie zrobił na mnie Circus de Soleil (MGM Grand Casino), w którego monumentalnej sali koncertowej, popłynąłem w zaczarowane krainy przedstawienia "KA". I po wielokroć zadałem sobie pytanie: Ile jeszcze szczęścia jestem w stanie znieść? link do reklamy przedstawienia KA: http://www.cirquedusoleil.com/en/shows/ka/default.aspx
Dzień 1 - Najpiękniejsze Parki Narodowe: Nevada - Utach. USA - 01.04.2011r.
Rozpoczęliśmy naszą nową wyprawę po Parkach narodowych Nevada i Utah, która jest naszą autorską wyprawą zaplanowana pieczołowicie jeszcze w Warszawie. Bawić się i podziwiać będziemy w kameralnej 4 osobowej grupie miłośników podróży i ciekawych świata. Jak nauczę się dzielić strony bloga, od naszego webmastera, to przeniosę ten blog do nowego rozdziału :-) Poprzedniej nocy uściskaliśmy naszych przyjaciół podróży, którzy powoli szykowali się do wieczornego odlotu do Polski, a dziś rano pożegnaliśmy rozedrgane Vegas. Zapakowaliśmy po sam dach naszego KIA Borrego V8 (Zbynku - sprawdziłem, ten Smok ma silnik V8)
...i ruszyliśmy na śniadanie do Whole foods'a. Po opanowaniu nawigacji i przestudiowaniu map, bez żalu opuściliśmy Vegas, nabierając mocy w 8 cylindrów pod maską. Pojechaliśmy drogą stanową nr 15 na północny-wschód w kierunku Bryce Canyon. Na wysokości Cedar City zjechaliśmy z autostrady by krętą górską drogą podziwiać monumentalne widoki. Jakby powiedziała nasza kochana przyjaciółka Małgosia: poświęciliśmy czas i energię dla tego by się zachwycać :-) Więc zachwycaliśmy się: lazurowym niebem, świecącym słońcem i metrowymi zaspami śniegu :-) W Vegas wiosna dała się we znaki upałami i udarami słonecznymi, co bardziej upartym piechurom. A tu w górach wiosna zaspała i dała zimie fory. Przejeżdżaliśmy koło zamarzniętych jezior, bocznych dróg, po których jeździły tylko śnieżne skutery oraz szlaków turystycznych zamkniętych na 4 spusty. Popylać można, ale na nartach :-) Zachwyceni sobiepaństwem, zatrzymywaliśmy się na każdym punkcie widokowym.
To plus podróżowania w zgranym zespole :-) Późnym popołudniem dojechaliśmy do Bryce City jak po sznurku. Zagospodarowaliśmy dwa pokoje w Best Western i pojechaliśmy do parku Narodowego Bryce Canyon. Zaczęliśmy zwiedzanie od najdalej położonego cypla Bryce Pioint. Nasza cierpliwość została nagrodzona, kiedy jadąc w ciszy obserwowaliśmy wzgórze za którym krył się kanion. Widok ośnieżonego kanionu, z zamyślonymi skamieniałymi postaciami jak wierzą okoliczni Indianie Paiuta. Nasycaliśmy wzrok przestrzenną i misterną architekturą skalnego amfiteatru. Wdychaliśmy świeże mroźne powietrze, krainy w której zima zwykła gościć nawet 200 dni.
Na czas dojechaliśmy do punktu widokowego Sunset Point, z którego najlepiej obserwować zachody słońca. W tym samym czasie słońce zbliżyło się do linii drzew napełniając skały pomarańczą i czerwienią. Białe czapy śniegu skrzyły się złociście a ptaki śpiewały koncertowo na koniec dnia. Zaszło słońce pozwalając zimnej nocy zagościć na chwilę w dolinie. Zmarznięci wróciliśmy do samochodu. Jutro zaczniemy zwiedzanie od punktu widokowego Sunrise Point, w którym najlepiej obserwować amfiteatr w promieniach wschodzącego słońca.
Dzień 2 - Bryce Canyon - Moab. USA 2.04.2011r.
Pozwoliliśmy żeby nasze dusze wstały od ruletki w Planet Hollywood i dogoniły nasze ciała. Dzięki temu wyjechaliśmy do Bryce National Park sporo po świcie. Raczej późnym rankiem. No wczesnym przedpołudniem. Kanion w pełnym słońcu wyglądał jeszcze okazalej. Idąc kawałek, zamkniętym z powodu śniegu szlakiem wiodącym wzdłuż krawędzi natknęliśmy się na odbite w śniegu i błocie, ślady Kojota zamieszkującego rejony parku. Sunrise Point kontemplowaliśmy w promieniach ciepłego, przedpołudniowego słońca. Amfiteatr skał nabrał nowych odcieni, złota pomarańczu i żółci.
Usiedliśmy na ławeczce i rozkoszowaliśmy się słonecznym ciepłem leniwie rozlewającym się po całym ciele. Wiatr leniwie snuł wici niczym babie lato a świergot ptaków zapowiadał nadejście wiosennych roztopów. Jak w tak pięknych i niepowtarzalnych okolicznościach przyrody, zmotywować się do powrotu do samochody. Krok po kroku udało nam się wreszcie wyjechać z Bryce i kierując się najpiękniejszą trasą widokową w okolicy pojechaliśmy w stronę Moab. Słońce świeciło niemiłosiernie, lecz gdy tylko zatrzymywaliśmy się by rozprostować kości czy zrobić kilka pamiątkowych zdjęć, chłód górskiego powietrza jasno dawał znaki że zima w tym rejonie jeszcze trwa, a na pewno może wrócić w każdej chwili z całą mocą. Jechaliśmy dnem doliny wzdłuż pastwisk na których pasły się ogromne stada bydła i koni. Mijaliśmy małe farmy i miasteczka w których kelnerki z przydrożnych barów marzą o dniu, w którym wyjadą daleko " stąd". :-) Aż do zjazdu ze stanowej 70tki towarzyszył nam na horyzoncie łańcuch zaśnieżonych łańcuchów górskich. W Moab zaparkowaliśmy w hotelu sieci Best Western położonym w samym centrum i poszliśmy w miasto :-) Urokliwa mieścina z pięknym widokiem na pionowe ściany kanionów, w sezonie bywa oblegana przez turystów. My smakowaliśmy małomiasteczkowej senności i uprzejmości jej mieszkańców. Przechadzaliśmy się główną ulicą mijając kolejne restauracje, kawiarnie i sklepy z pamiątkami. Wszystkie w niskiej parterowej zabudowie, świeciły kolorowymi oczami wystaw. Pogoda rozpieszczała nas wreszcie ciepłym wieczorem .
Wilgotność trochę jak w tropikach. Tak jak Polsce, kiedy w lato się zanosi na burzę. Czas wypocząć. Przed nami poranna zbiórka o 8:15 rano, śniadanie i wycieczka w góry, a przede wszystkim do królestwa okien i łuków skalnych.
Dzień 3 - Moab - Arches National Park - 03.04.2011 r.
Wstaliśmy rano zgodnie i na czas wyskakując z pokoi i... wiatr zawiał w naszą stronę deszczową bryzę. Stalowe chmury ciężko osiadły na Moab. Nawet miejscowi się dziwili bo deszcz pada tutaj bardzo rzadko. Cóż, szybka zmiana planów to też nasza specjalność. Podczas śniadania postanowiliśmy że zrezygnujemy z górskich wycieczek w ulewie a odwiedzimy położone na południe Monticello. Zatankowaliśmy naszego smoka i ruszyliśmy na południe, ostatni raz z daleka patrząc na oddalające się Moab i... zobaczyliśmy na czym polega anomalia pogodowa w której tkwiliśmy. Nad miastem i południowymi terenami wisiały ciężkie szare chmury, podczas gdy nad parkiem narodowym, świeciło słońce :-) Cóż, szybka zmiana planów to też nasza specjalność. Po pół godzinne jedzie wjechaliśmy do skąpanego w słońcu Arches National Park.
Na dzisiaj zaplanowaliśmy przejechać cały park samochodem, robiąc krótkie wypady trekkingowe do przepięknych formacji skalnych w kształcie łuków. Podobno badacze naliczyli ich 2 tysiące, w tej okolicy, a i tak nie wszystkie zostały jeszcze skatalogowane. Na pierwszy ogień wybraliśmy trasę Park Ave, która powiodła nas dnem kanionu wśród fantastycznych formacji skalnych: Trzech Plotkarek, Wierzy Babel, Skały Owcy, Organów. Z daleka na horyzoncie widzieliśmy następne atrakcję parku, Balanced Rock, Okno Północne i Południowe. Powoli jechaliśmy drogą wijącą się wśród doskonałości przyrody, z werwą biegnąc w kierunku nowych eksponatów monumentalnych rozmiarów.
Pod koniec dnia znaleźliśmy ostatnią atrakcję dnia, Diabelski Ogród. Postanowiliśmy przedłużyć nasz pobyt w uroczym Moab o jeden dzień i Devils Garden zwiedzić następnego dnia przed południem. Cały dzień towarzyszyły nam potężne podmuchy wietrzyska, jakby przyroda chciała powiedzieć: Hej wy! Co gościcie na naszej planecie przez czas krótszy niż mgnienie powieki! Czapki z głów, przed dziełem milionów lat naszej pracy!
Dzień 4 - Moab, Arches i Dead Horse Point State Park. 4.04.2011 r.
Po śniadaniu poznaną już wczoraj trasą pojechaliśmy na koniec parku do Diabelskiego Ogrodu. Anielskie piękno tego miejsca zapierało dech w piersiach kiedy wspinaliśmy się po kopułach skalnych, coraz wyżej i wyżej. Kiedy dotarliśmy w pobliże Czernego Anioła, zaniemówiliśmy na widok równiny, aż po horyzont zaludnionej tłumem skalnych olbrzymów.
Podziwianie weszło nam w krew i dobrze nam z tym. Trochę czasu poświęciliśmy na odpoczynek pod Double O Arche - podwójnym skalnym łukiem, wysokości kilkudziesięciu metrów.
Powrót do samochodu był równie ekscytujący. Z tej perspektywy park wyglądał zgoła odmiennie, serwując nam nowe niespodzianki.
Wyjechaliśmy z Moab i pojechaliśmy do oddalonego o 50km Dead Horse State Park. (Martwego Konia) Zaczęliśmy zwiedzanie od standardowej Hollywoodzkiej sesji zdjęciowej, na czerwonym dywanie.
Oraz kilku zdjęć kaskaderskich :-)
Dead Horse Park to miejsce obecnie uznawane za doskonały punkt widokowy, na przełom rzeki Kolorado. Niegdyś przez kowbojów wykorzystywane było do odławiania mustangów. Pędzili oni dzikie stada koni przez równiny płaskowyżu w kierunku zwężającego się cypla kończącego się 300 metrową przepaścią. Fenomenem tego miejsca jest naturalne wąskie skalne gardło, przez które wpędzali mustangi na pionowy otoczony przepaściami półwysep skalny. Z łatwością stawiali wąskie ogrodzenie z ostrych krzewów i mieli konie w naturalnym potrzasku. Odławiali najmocniejsze sztuki, a resztę wypuszczali na wolność. Oprócz jednego razu, kiedy stado koni, przez zaniedbanie pozostało w uwięzi. Powoli padły z pragnienia, patrząc na skrzącą się w słońcu rzekę Kolorado, która leniwie płynęła na dnie głębokiej przepaści. Odsuwając daleko za horyzont okoliczności, widok miały imponujący.
Wracając postanowiliśmy zboczyć trochę z trasy i zasmakować of-road'u, czyli jazdy poza trasą. Badając dno kanionu z punktu widokowego Dead Horse, zauważyliśmy na jego dnie wąską drogę żwirową, wyjeżdżoną przez terenowe samochody. Znaleźliśmy ją z łatwością na mapie i z głośnym juuupii, wjechaliśmy w pylistą krainę. Po chwili "juuupiii" zamieniło się w "może zawrócimy?" kiedy droga zamieniła się w wąską półkę skalną prowadzącą serpentynami na dno kanionu.
Z prawej strony pionowa ściana w górę, z lewej strony pionowa ściana w dół i minimalna ilość miejsca na minięcie się samochodów. O zawróceniu nie było mowy. Powoli zachodziło słońce kiedy znaleźliśmy zatokę umożliwiające zawrócenie samochodu.
Powrotny widok był równie ekscytujący, kiedy Basieńka usiadła za kierownicą. Mogłem wtedy skupić się na obserwowaniu w jakiej odległości koła naszego samochodu jadą od krawędzi przepaści. Basia świetnie kieruje, dowodem są zdania które piszę. Wróciliśmy do Moab po zachodzie słońca. Dobranoc
Dzień 5 - Canyonlands National Park - 5.04.2011r
Wyjechaliśmy spakowani z Moab zabierając ze sobą wspomnienia i zakupy z wyśmienicie zaopatrzonego miejscowego sklepu trekingowego.
Drogą wyjazdową ruszyliśmy na północ, w kierunku Canyonlands. Następnego cudu natury... cdn
Po wjeździe do parku, jak zawsze zaczęliśmy wizytę od Visitor Center i obejrzenia kilkunastominutowego filmu przyrodniczego o okolicy. Bogatsi o nowe wiadomości na temat tektoniki, fauny i flory, wybraliśmy na początek południowy przejazd. Po dojechaniu na miejsce zarzuciliśmy plecaki, bukłaki z wodą i ruszyliśmy na szlak Grad View Point Trail.
Przy lazurowym niebie i grzejącym słońcu, kiedy z dnia na dzień pogoda zbliża nas do lata, spacerem poszliśmy brzegiem kanionu co chwila robiąc zdjęcia na okładki National Geographic :-) Chwilę odpoczynku po 40 minutowym marszu spędziliśmy na samym końcu płaskowyżu w tym miejscu ukształtowanego w długi wysoki cypel.
Drugą część parku zwiedziliśmy jadąc na północ. Po kilkunastominutowym marszu postanowiliśmy się nie zachwycać. Porażka w takim przypadki jest wytłumaczona. Zachwyciliśmy się widokiem na krater a właściwie jego rozbitą kalderę, Jedna z teorii zastanego stanu było uderzenie meteorytu, który wybuchając stopił skały i utworzył tę diabelną dziurę w ziemi. Staliśmy na jego brzegu wsłuchując się w dzwoniącą w uszach ciszę. Nastawiliśmy zegarki na 25 minut i... poszliśmy spać na nagrzanej od słońca skale. (jak mówi najnowsze przysłowie Indian Paiuta: Fotograf, który śpi, duszy nie kradnie. Więc zdjęć nie będzie :-)
Ostatnie minuty w okolicach Moab spędziliśmy pijąc kawę przy starym Trading Post (miejsce gdzie kiedyś handlowano z indianami i traperami zwierzęcymi skórami, a dzisiaj pamiątkami po Indianach) Podziwialiśmy widoki ośnieżonych gór La Sal i stary kościółek.
Wyjechaliśmy z Canyonlands późnym popołudniem i skierowaliśmy się znaną już nam drogą stanową 70 do Torrey. Naszym celem było zwiedzenie następnej krainy, Capitol Reef National Park. Trasa którą wybraliśmy zawiodła nas w pewnym momencie w szary księżycowy krajobraz wulkaniczny. Takie barwy przybrała wschodnia część tego regionu geograficznego.
Przejeżdżając przez małe miasteczko, Hanksville, zastanawialiśmy się jaką motywacją kierują się jego mieszkańcy, by chcieć mieszkać w tym szarym, górzystym i pozbawionym roślinności miejscu. Dziwnie czuliśmy się jadąc przez pustkowia po których wiatr przegania mysie tumany kurzu. Odetchnęliśmy wjeżdżając w monumentalny Capitol Reef. Górzysty, strzelisty, ceglasto czerwony, a w żyznych dolinach pełen kwitnących na różowo, mormońskich sadów owocowych. Przejechaliśmy powoli kanionem podziwiając pionowe skały niczym pylony fenickie, otwarte na wjazd Aleksandra Wielkiego.
Zachodziło już słońce na sinym niebie, ostatkiem czerwieni skąpo zdobiąc tę wspaniałą krainę. Zanim poszliśmy spać, pojechaliśmy zwiedzić Torrey by night. Wrażenie miasteczka z Hitchcock'owskiego horroru. Opustoszała, jedyna główna ulica tonąca w ciemności. Stare domki kryły z pozoru uroczych i uczynnych mieszkańców ,którzy dobrze żywili przyjezdnych, by zaszlachtować ich przed wyjazdem. Każda z historii ma ziarnko prawdy, ta też. Mianowicie doskonale tu żywią!!! Zupa pomidorowa była palce lizać, do tego stopnia że wróciliśmy tu na obiad dnia następnego. W nocy słuchając wiadomości zarejestrowaliśmy informację o ogromnej śnieżycy szalejącej nad północnym Utah.
Dzień 6 - Capitol Reef National Park - 6.04.2011r.
Gdzie się podziała wczorajsza upalna pogoda!!! Mróz jak w eskimoskim wychodku. Wskoczyłem do pokoju hotelowego szybciej niż wyszedłem i przebrałem się w ciepłe ubrania. Zgroza. Po sutym śniadaniu pojechaliśmy do centrum turystycznego Visitor Center. Standardowo obejrzeliśmy film opowiadający historię artystycznej twórczości sił przyrody. Podczas rozmowy z uprzejmą i miłą panią Strażniczką Parku dowiedzieliśmy się o najpiękniejszych trasach widokowych i ruszyliśmy na trekking. W pierwszej kolejności pojechaliśmy do Hickman Bridge. Wśród grzybo-kształtnych formacji skalnych zawędrowaliśmy do słynnego skalnego mostu, obfotografowanego w większości przewodników.
Trasa prowadząca do niego urozmaicona była wieloma fantastycznymi formacjami skalnymi wygładzonymi przez wody i wiatry. Takimi jak skały pod którymi można się schronić przed deszczem, a na niebie zanosiło się od rana.
Następnie poszliśmy obejrzeć naskalne rysunki pozostawione przez indian około 700 r.n.e. Pierwsze petroglify widzieliśmy kilkanaście dni temu w Monument Valley (umieściłem je na blogu, na zdjęciu z Indianinem w kowbojskim kapeluszu)
Następnie pojechaliśmy Scenic Drive, przepięknie wijącą się po zielonym dnie doliny. Mijaliśmy stare sady posadzone u podnóża pionowych, wysokich na 150m skał. Zatrzymaliśmy się w starej mormońskiej zagrodzie żeby kupić miejscowe owocowe przetwory. Na całym świecie, wśród koni, można spotkać pieszczocha :-)
Po obiedzie wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy drogą 12 w kierunku Zion Park. Naszego ukochanego Zion Park. Droga 12 uchodzi za najbardziej urokliwą drogę widokową w Utach. Zapytaliśmy: według kogo? Po przejechaniu pierwszych kilkunastu kilometrów odpowiedzieliśmy: Na pewno według nas! Też według nas! Nie do opisania były widoki krain przez które przejeżdżaliśmy. A niejednokrotnie wyjazd zza zakrętu teleportował nas do następnej strefy klimatycznej i geograficznej.
Zachód słońca zaliczyliśmy przejeżdżając tranzytem przez Bryce Canyon.
A potem już wjechaliśmy w ciemną noc, aż do Zion. Dodałem zaległe zdjęcia z Capitol Reef. Do poczytania wkrótce! Już we wtorek następne relacje z podróży. Dobranoc
Dzień 7 - Zion 07.04.2011 r
Poprzedniej nocy Zion przywitał nas serpentynami o gimnastycznej skali trudności, które wiły się przed nami w świetle reflektorów samochodu. Przejechaliśmy je w stylu Nadii Comaneci i podjechaliśmy pod zarezerwowany tydzień wcześniej Hotel. Rankiem przed śniadaniem trochępracy przy blogu, a potem sprawdziliśmy prognozę pogody na WeatherPro i... zapowiedź brzmiała jednoznacznie: 50% deszczu na dziś, 100% na jutro.
Krótka wizyta w Visitor Center i mogliśmy wsiadać w Shuttle, które ruszyły z początkiem sezonu. Zachwycające widoki skał tym bardziej groźnie wyglądające pod przykryciem kłębiących się wszędzie chmur. Jako trasę wybraliśmy Observation Point. Wysoko na szczycie górującym nad całą doliną, z którego niepowtarzalny widok rozciąga się na prawie całą dolinę. Spokojnie i nieśpiesznie robiąc zdjęcia krok po kroku obserwowaliśmy jak zbliżamy się na wysokość początku wodospadu huczącego nad Weeping Rock. Ku naszemu zaskoczeniu trasa wiodła nas wzdłuż kanionu który doprowadzał wodę do wodospadu. Głęboka i wąska szczelina w skale grzmiała pod naporem kotłującej się w jej trzewiach wody. Wilgotna mgiełka unosiła się w powietrzu i tak wilgotnym od wzbierającego deszczu.
Pierwszą przeprawę zrobiliśmy po godzinie marszu. Przeszliśmy przez wartki strumień po rzuconych w poprzek chybotliwych kłodach. Znaleziony w strumieniu drąg posłużył nam za podporę.
Z następnym brodem poszło lepiej. Przeszliśmy najpierw po kamieniach a potem wspinając się na pochyłą skałę wynurzającą się z wody.
Trawersowaliśmy ścianę pionowej skały, kiedy odczuliśmy pierwsze podmuchy wiatru. Wychodziliśmy z cichej doliny, na eksponowana ścianę prowadzącą do szczytu. Wypadało by założyć ostatni obóz przejściowy i się posilić. Tak też zrobiliśmy. Założyliśmy na siebie wszystko co ciepłe z plecaka, oprócz termosu i owinęliśmy się szczelnie w przeciwwiatrowe kurtki. Pomogły też okulary, przeciw sypiącemu w oczy piaskowi. Tak wyszykowani zrobiliśmy kilkaset metrów wspinaczki i... zawróciliśmy. Wiatr był tak silny, że jego podmuchy przesuwały z łatwością dorosłego człowieka. Idąc ścieżką nad krawędzią przepaści i słysząc nad sobą trzeszczące od wichury drzewa zeszliśmy do spokojnej doliny.
Wprawieni przeprawiliśmy się przez strumienie i pierwsze krople deszczu przywitaliśmy wchodząc do autobusu wiozącego nas do Visitor Center. Była 18:30 kiedy ruszyliśmy na kolację. Dzień zaliczyliśmy do udanych. Nie dotarliśmy do szczytu, ale weszliśmy dużo wyżej ponad Angels Landing, który zdobyliśmy tydzień temu. Po takiej wyprawie śpi się wyśmienicie :-) Zostały nam jeszcze 2 dni do szczęśliwego zakończenia wyprawy :-) Dobranoc
Dzień 8 - Valley of Fire State Prark 07.04.2011 r
Wstaliśmy w doskonałych humorach i złapaliśmy walizki. Odpaliliśmy standardową procedurę startową: 8:15 z walizkami, potem śniadanie, po posiłku wyjazd w trasę. Tym razem do Visitor Center. Mieliśmy obejrzeć urocze Emerald Pools i podziwiać Zion z urokliwej górskiej ścieżki wspinającej się zboczem od strony tunelu. Tunelu, którym już dwa razy wjeżdżaliśmy do parku. Zamiast tego po raz kolejny udowodniliśmy swoją elastyczność i bezgraniczne zadowolenie z tego, jakie cudowne możliwości czerpiemy z bycia tu i teraz. Lepiliśmy śnieżki, pisaliśmy po samochodzie, oblepionym teraz śniegiem jak biały bałwan, łapaliśmy na czubek nosa ogromne płaty śniegu. Wokół nas panowała Bożonarodzeniowa aura. Śnieżyca śpiąca nad Salt Lake City, postanowiła się przeciągnąć i kawałkiem piżamy zahaczyła o Zion.
Do czego jest plan zastępczy? Do zrealizowania :-) Podczas śniadania sprawdziłem odległości i trasy, a następnie wsiedliśmy do samochodu podziwiając białe widoki za oknem. Kolob Kanion w odległości 30 km od Zionu wydał się równie smakowitym kąskiem. Szybko przemieściliśmy się autostradą i dojechaliśmy do Visitor Center. Pługi śnieżne zaparkowane na podjeździe zainteresowały nas, ale nie zniechęciły. Informacja Rengera parku była uprzejma i rzeczowa: Zbyt wiele śniegu na trasie, a w górach lód uniemożliwia zwiedzanie parku. Ale mam dla was rozwiązanie: jedźcie do Zion. Powiedział i wypiął dumnie pierś. Valley of Fire State Park! W drodze do Las Vegas to uroczo położona dolina. Można ją zwiedzać z samochodu, a także per pedes, zagłębiając się w ciche, różowo-beżowe kaniony. Żeby dojechać trzeba ruszyć, więc ruszyliśmy... i dojechaliśmy. A pogoda została. Pod pierzyną ciągnącą się z Salt Lake City do Zionu.
Pogoda jest podobno wszędzie, tylko nie wszędzie słoneczna. Ta słoneczna mieszkała w Vegas i miała dobrą passę. Wjechaliśmy w jej krainę upstrzoną gdzieniegdzie białymi barankami chmur. Na terenie parku i zaczęliśmy od obejrzenia ekspozycji. Gdzie? …...... Zostawiamy odpowiedź na ten quiz, naszym wiernym czytelnikom.
Ile można się zachwycać skałami? Sedymentolodzy zajmujący się uniformitarianizmem, mówią, że całe życie. Nas zachwyciło coś jeszcze. Kropiące w tym rejonie przez kilka dni deszcze, tchnęły w pustynię życie. Życie, skrycie przechowywane w ziarenkach i uśpionych karłowatych roślinach. „Show must go on” jak powiedział Ślepy Zegarmistrz, wprawiając w ruch mechanizm wszechwiecznego spektaklu. I oto szoł na naszych oczach. Pustynia zakwitła ile tylko miała siły w wątłych łodygach, prześcigając się w stylistyce koloru, materii i kroju. Ta rewia przewyższała swą prawdziwością wybiegi na całym świecie. Zakochajcie się z nami...
Dobranoc. Przed nami jeszcze jendna noc w Vegas i najnowszy spektakl Cirque du Soleil !!!
Droga do Vegas... ...przebiegła w znajomych klimatach: wypoczynku i sielanki. I ponownie przeżyliśmy nagłą transformację krajobrazu. Ze względu na łańcuch górski otaczający Las Vegas, miasto wyłania się przyjezdnym w sposób zero-jedynkowy. Nie było Vegas, jest Vegas. Wbrew pozorom zupełnie inny proces dzieje się z krajobrazem. Proces jedynkowy, a właściwie jedynkowo-dwójkowy. Była pustynia i jest pustynia, tylko że w tej drugiej pustyni jest więcej o Vegas. I ulegliśmy deja vu sprzed 11 dni, kiedy pierwszy raz wjeżdżaliśmy do miasta. cyt. "W miarę zbliżania się zaczynaliśmy rozpoznawać znajome kształty: New-york, MGM Grand, Encore, The Mirage, Cesars Palace, czekoladka Wynn (nazwa zarezerwowana dla Joasi :-) i Bellagio, z jego nie-za-wodnie tańczącymi do muzyki fontannami." Tym razem czekoladka Wynn nabrała dla nas nowego znaczenia. Przed wyjazdem na drugą część naszej wyprawy, kupiliśmy bilety na najnowszy spektakl Cirque du Soleill !!! Spektakl którego przedstawienie miało odbyć się właśnie dziś w nocy, w sali koncertowej kasyna Wynn !!! Przejechaliśmy przez cały Streep z północy na południe słuchając muzyki przy otwartym oknie. Joł men... i zakwaterowaliśmy naszą wycieczkę w strategicznym miejscu, na rogu ulic. Na jednym rogu Whole Foods (coś dla ciała) i Apple Store (coś dla ciała i duszy). Na drugim rogu Outlet Premium, o gabarytach Titanica (coś dla portfela). Przedzierzgnąwszy się z ludzi z gór, w głodnych kulturalnych uciech, pozrzucaliśmy z siebie czapki z borsuka, zdjęliśmy pasy z koltami i wystawiliśmy na balkon kowbojskie buty. Skóry z Bizona powiesiliśmy do suszenia w łazience :-) Żeby nakarmić dusze, trzeba najpierw nakarmić ciało. A nasze brzuchy grały pod batutą Yehudi Menuhina. Cóż łatwiejszego gdy za rogiem Whole Foods z pysznym jedzeniem. Najedzeni przejechaliśmy przez Streep nocą.
Otoczeni milionami kolorowych lampek, świecących reklam, które towarzyszyły nam do samego Wynn/Encore. Przed spektaklem obeszliśmy sklepy i kasyno o powierzchni 10'000m2. Dużo bardziej ekskluzywne niż Planet Hollywood i MGM. Może dlatego, że zostało wybudowane za 2,7 biliona dolarów. Mieści w sobie 2 714 pokoi o powierzchni od 60m do 650m2, a razem z bliźniaczym kasynem Encore posiada 4'750 pokoi. O jego ekskluzywności świadczy nadane pięć gwiazdek przez Forbes, Mobil, Michelin. A jego nieskazitelnej czystości na firmamencie, pilnuje zamontowany w pierwszym wysokościowcu system samo myjących się okien. Linki: http://www.wynnlasvegas.com oraz http://www.wynnlasvegas.com/shows/le-reve-packages
Wydawało by się, że taki wstęp przyćmi spektakl, ale spektakl okazał się być godny miejsca, w którym był wystawiany. Zasiedliśmy w na widowni okalającej okrągłą scenę, jak Patrycjusze w koloseum. Cała scena spowita była nieprzeniknioną mgłą snująca się nad.... jeziorem. Tak!!! Nad okragłym jeziorem!!! O ile spektakl „KA” królował w powietrzu i na ziemi, to spektakl „Le Reve” opowiadając o śnie zakochanej dziewczyny, królował w powietrzu w wodzie... oraz pod wodą. Nie podejmuje się opisywać tego co zobaczyliśmy, z jednego powodu. Zubożyło by to tylko wyobrażenie piękna i różnorodności formy i monumentalizmu przedsięwzięcia Cirque du Solleill... Na koniec spektaklu, w kuluarach, spotkaliśmy odtwórczynie głównej roli w spektaklu. Uroczą dziewczynę o mokrych włosach i promiennym uśmiechu na ust koralach. Na spektakl przyjechał pierwszy raz jej tata, rosły farmer, ubrany w dżinsy, kraciastą koszule i w kowbojskim kapeluszu na głowie. To on zrobił nam zdjęcie. Przez chwilę porozmawialiśmy, gratulując prima ballerinie - spektaklu, a ojcu - prima balleriny.
Link do spektaklu: http://youtu.be/45SW5LdYGZ0 Z pięknymi widokami pod powiekami, przejechaliśmy przez Las Vegas Boulevard, wprost w objęcia Morfeusza.
Dzień 9 - Wylot z Las Vegas – do Londynu i Warszawy. 09.04.2011r.
Ostatni dzień przed odlotem spędziliśmy na załatwianiu spraw organizacyjnych. Między innymi na zakupie dodatkowych toreb :-)))) nie zmieścilibyśmy zakupów w naszych wypchanych do maksimum walizkach. Taniej było zgłosić dodatkową walizkę, niż płacić związkom zawodowym za nadbagaż. Oddaliśmy samochód i wystartowaliśmy z 5tego terminala w stronę Londynu. Lot przebiegł sennie. Głęboko sennie. Na lotnisku w Londynie, zastosowałem znaną i lubianą procedurę. 5 godzin oczekiwania na samolot do Warszawy, spędziłem po drugiej stronie granicy, czyli w mieście. Pojechałem Piccadilly blue line do Hide Park. Wyszedłem na powierzchnie wąskimi korytarzami i …. już wiedziałem za czym tęskniłem od kilku dni. Na zielonej, pachnącej i miękkiej trawie, olbrzymiego parku, mieszkańcy Londynu spędzali leniwie słoneczny weekend.
Podczas pikniku, czytali książki, grali w gry i zażywali ruchu. Podróżując przez skaliste bezmiary, pocięte ogromnymi skalnymi kanionami, tęskniliśmy w duchu do zapachu kwiatów, różnorakich kolorów i odczucia miękkości aksamitnej trawy pod plecami, wśród muzyki pracowitych na wiosnę pszczół. Ten obraz malowała przede mną rzeczywistość niczym najpiękniejszy soczysty gwasz. Poszedłem w stronę pałacu Buckingham...
...drogą najbliższą kwitnącym szpalerom drzew i położyłem się na chwilę na trawie.
Obserwując leniwie lecące po niebie obłoki pomyślałem: wszędzie dobrze, ale tam gdzie jestem, jest najlepiej. I tak doleciałem do Warszawy. Wszyscy dolecieliśmy :-) Do zobaczenia, usłyszenia, podczas wypraw :-) PS. Już zaplanowaliśmy wyprawę do zachodniego USA - odbędzie się na jesieni wrzesień 2012r. Zmodyfikujemy trasę by... szczegóły prześlemy uczestnikom mailem i na wspólnym spotkaniu.
Rafał i Ewa Travelest 2011 |







































































































